– No dalej – mruczę do monitora, jak do człowieka. – Pokaż mi to. Wiem, że możesz.
"Wehikuł czasu" Wellsa przeczytałem pierwszy raz, chyba mając dziesięć lat. Coś tak w tym wieku. I od tamtej pory nurtuje mnie to pytanie: czy podróż w czasie jest możliwa? Nie w sensie "może kiedyś za sto lat", czy "może w odległym zakątku Wszechświata", tylko czy w ogóle, tak albo nie, a jeśli tak, to czy ja mogę jej doświadczyć? W jaki sposób?
Wciskam Enter. Agent AI odpowiada. Do znudzenia: "przepraszam, ale według aktualnej fizyki..." i "istnieje kilka teoretycznych modeli..."
Odpowiedź numer milion pierwszy: Co to? Równanie? Jakieś proste...
Δt = ∫(ψ(x)·φ(E))/√(1-v²/c²) dx gdzie:
ψ(x) = funkcja fali kwantowej obserwatora
φ(E) = entropia informacyjna momentu docelowego
v = prędkość względna układu odniesienia do łańcucha bloków czasoprzestrzeni
– Znowu halucynujesz? – reaguję głosowo.
Uwaga: do aktywacji potrzebna świadoma intencja + wizualizacja dokładnej lokalizacji przestrzennej. Czas podróży: odwrotnie proporcjonalny do siły pragnienia.
– Łańcuch bloków czasoprzestrzeni? Entropia informacyjna momentu? – Czegoś tu brakuje. Nie rozumiem tego dopisku.
Zamykam oczy. Chcę to zrozumieć. Chcę wiedzieć! Czuję się, jakby mi ktoś wyciągnął mózg przez nos, przepuścił przez blender i wsadził z powrotem – do cudzej głowy.
Laptop zaczyna pikać. Otwieram oczy: ekran miga...
Zamykam oczy. Otwieram... Zaraz, zaraz, co ja widzę?
Widzę, że nie ma laptopa? Pokój... Pokój jest jakis inny!
Nie całkiem inny, to nadal mój pokój, ta sama przestrzeń, te sam układ ścian, okno... Ale tapeta... Jezu! Brązowo-pomarańczowe kwiaty wielkości talerzy, na beżowym tle. Właśnie tapeta. Jak u ciotki Rozalii, jak byłem mały. Kiczowate, mdłe, jak z PRL-u. Kiedyś tapety były modne. Więc co to? Mój pokój w stylu retro? Kwiat, kwiat, kwiat... hipnoza kwiatowa?
Nie ma laptopa i nie ma biurka. Zamiast mojego z Ikei stoi inne, z szufladami. Nad nim na ścianie plakaty: wielki napis "Czerwone Gitary" – zespół kojarzę – i jakiś gość w czapce z daszkiem. Półka z książkami: "Nad Niemnem", "Chłopi", Miłosz, Herbert.
Powietrze pachnie inaczej. Czymś starym, ale czystym. Czy to proszek do prania? Naftalina? Zaciągam się tym zapaem, napełniam płuca.
I teraz rozumiem. Mój laptop przestał być zwykłym kawałkiem plastiku i krzemu, stał się bramą do niemożliwego? Jestem wciąż w swoim mieszkaniu, ale nie teraz. Nie teraz, ale kiedy? Wtedy?
– O kurczę – słyszę swój szept. Mój, albo nie mój. Taki drżący mój głos jeszcze nigdy nie był. – Jezu, kurwa...
Czuję serce. Wali jak młot pneumatyczny. Oddech szybki, płytki, nerwowy. Czy to już panika?
Laptopa nie ma. Komórka? Nie widzę. Internet?
Jak ja teraz wrócę?!
Oddychaj, Marcin! Oddychaj! Jesteś naukowcem. Myśl naukowo. Obserwacja, analiza, dedukcja.
Hm. Rozejrzyjmy się dokładniej. Kto tu mieszka? Kartka A4. Odręczne pismo... staranne, niebieskim tuszem, chyba piórem ktoś pisał. Ale to nie notatka, to dzieło sztuki. "Bohater romantyczny: Przykładem bohatera romantycznego w prozie polskiej XIX wieku jest..." Jest i zeszyt... "Nazwisko: Zofia Kowalska. Klasa: III a – humanistyczna. Rok szkolny: 1969-70." Więc jestem pięćdziesiąt lat temu... Na papierowej aktówce: znowu Zofia Kowalska i Liceum Ogólnokształcące im. Wandy Wasilewskiej. Naprawdę tak się nazywało? Myślałem, że zawsze było Broniewskiego.
Otwieram szufladę. Ręce mi się trzęsą. Pióro wieczne, atrament w buteleczce – trzeba być ostrożnym – gumka do ścierania, drewniana linijka.
Druga szuflada: bielizna. Stanik, skromny, z bawełny, miseczki miłe w dotyku, niezbyt duże. Bez waty i wkładek z gąbki. Strój kąpielowy w kwiatki. Oczywiście.
Serce przyspiesza znowu. Chyba powinienen się wstydzić...
Słyszę kroki na klatce schodowej. Klucz w zamku. Głosy – młode, dziewczęce.
– ...a ja mówię, że Janek na mnie patrzy! – śmiech, lekki jak dzwonek.
– No pewnie, patrzy, bo ty mu się podobasz jak ząb w dziąsle! – drugi głos, drwiący.
– Zamknij się, Basia!
O nie.
Ona wraca. I nie jest sama.
Rozglądam się gorączkowo. Schować się. Muszę się schować. Szafa – duża, przedwojenna, z ozdobnymi drzwiami i rzeźbionymi uchwytami. Otwieram ją – trzeszczą zawiasy – i wsuwam się między ubrania. Pachną fiołkami i kurzem. Materiał muska mi twarz – wełna? Jedwab? Nie mam pojęcia. Zostawiam drzwi lekko uchylone, żeby móc oddychać i widzieć.
Drzwi do pokoju otwierają się z cichym skrzypnięciem.
Wchodzą dwie dziewczyny. Obie w szkolnych mundurkach – granatowe spódnice do kolan, białe bluzki wyprasowane tak, że widać kanty na rękawach. Brunetka z kucykiem i blondyna. Włosy opadają na ramiona. Szczupła, ale szeroka w biodrach. Ideał.
Odgarnia włosy za ucho, z gracją filmowej aktorki i odzywa się do brunetki:
– Siadaj. – Zajmuje krzesło przy biurku. Głos ma niski, ciepły. – Tylko szybko, bo muszę się nauczyć tego referatu o Dzierżyńskim.
– O Boże, znowu Dzierżyński – odpowiada Basia, rzucając się na łóżko. – Jakby komunizm nie miał innych bohaterów.
– Sza! – Zofia rozgląda się, jakby ściany miały uszy. – Nie mów tak głośno.
– Kto ma usłyszeć? Jesteśmy same. – Basia prostuje się. – A tak w ogóle to co z twoimi rodzicami?
– Tata pojechał do babci na wieś. Chora jest. A mama ma podwójny dyżur w szpitalu. Wróci jutro po południu.
– Czyli jesteś sama? Mogłybyśmy coś zorganizować! – Śmieje się.
– Zorganizować? Prywatkę z Jankiem, co się na niego gapisz na każdej przerwie?
– Nie gapię się!
– Gapísz, gapisz. Jak sroka w gnat.
Słucham ich rozmowy i próbuję zrozumieć sytuację. Chciałoby się wyjść z tej szafy, powiedzieć "hej, nie bójcie się", ale to by było szaleństwo.
Rodziców nie będzie całą noc. To w sumie dobra wiadomość. Nikt mnie nie zaskoczy. Ale z drugiej strony...
Jestem w szafie, kurz łapie za gardło, a te dziewczyny nadal trajkoczą. Może by się tak już gdzieś przeszły!
Odzywają się jelita. Cholera jasna!
– Słyszałaś to? – Basia unosi głowę.
– Co?
– Nie wiem, jakby burczało z rury.
– To z kuchni pewnie. Lodówka. – Zofia macha ręką.
Basia wzrusza ramionami.
– No to jak, uczysz się tego referatu?
– Uczę, uczę. Ale najpierw powiedz mi wkońcu, co z tą fizyką.
Teraz się biorą za zadania. Proste, z mechaniki. Basia tłumaczy, ale mam wrażenie, że bardziej jej się wydaje, że coś rozumie. Myli się przy przekształcaniu wzorów. Ech, gdybym tylko nie był włamywaczem z przyszłości!
Nie dam rady już dłużej kucać nieruchomo. Przesuwam się centymetr. Szafa skrzypi.
Ja zamieram. Dziewczyny podnoszą głowy.
– Stare meble – mówi Zofia, ale słychać w jej głosie niepewność.
– Pracują, drewno się rozszerza – tłumaczy Basia uczonym tonem. Może jednak ma w sobie coś z fizyka.
Nie oddycham. Serce pracuje tak głośno, że muszą słyszeć. Ale nie słyszą. Uczą się dalej.
W końcu Basia wstaje. Prostuje spódnicę, poprawia włosy.
– Dobra, idę. Muszę zdążyć przed kolacją.
Zofia odprowadza ją do drzwi. Słyszę, jak się żegnają:
– Nie spóźnij się jutro na apel.
– Nie spóźnię, a ty uważaj na Dzierżyńskiego!
Śmiech, ciche trzaśnięcie drzwi i cisza. Tak więc zostaliśmy sami. Ja i Zosia z mojego dawnego liceum. Humanistka. W jej mieszkaniu. Niczego sobie przygoda.
Nie jadłem od... od dawna. Żołądek przypomina, że ma swoje prawa.
Tymczasem Zofia poszła do kuchni. Słyszę, jak gotuje wodę w czajniku z gwizdkiem. Chyba parzy herbatę. Dochodzi mnie brzęk łyżeczki o szklankę. Cisza, kroki, szum wody. Zofia zajęła łazienkę. Chyba się myje.
Pora wyprostować nogi. Wychodzę z szafy. Jak żółw ze skorupy. Nabieram pełne płuca powietrza. Uf. Wyglądam do przedpokoju, ostrożnie, jak złodziej we własnym...
– AAA!
No i stoimy na przeciw siebie. Ja pewnie blady jak ściana. Zofia naga. Myślała, że jest sama, a tu intruz w domu.
Czas zwalnia. Nie, nie zwalnia – stoi nieruchomo jak za horyzontem zdarzeń. Widzę każdy szczegół. Krople wody na ramieniu. małe różowe sutki, ściśnięte od chłodu, trójkąt włosów, długie, szczupłe nogi.
Rumieniec na policzkach. Oczy szeroko otwarte z przerażenia.
I teraz krzyczymy oboje na raz:
– AAA!
Mój krzyk jest bardziej żałosny. Histerycznie piskliwy. Mógłby się nadać jako sygnał alarmowy.
Zofia stoi jak posąg. Wzrok wlepiony, nie wiedzieć czemu, w mój T-shirt z logo OpenAI (artefakt jak z innej planety). Nie rusza się. Nie próbuje zasłonić. A ja nie umiem przestać patrzeć. Choć powinienem. Wypadałoby się jakoś zachować, bardziej przyzwoicie, będąc nieproszonym gościem w jej domu.
W końcu szok jakby ustępuje. Dziewczyna włącza umysł:
– KTO TY JESTEŚ?! – pyta, wrzeszczy na mnie ledwie słyszalnym głosem. – CO TY TU ROBISZ?! – Jej struny głosowe nie pracują. Treść odczytuję z ruchu ust i wyrazu twarzy.
– Ja... ja... – jąkam się jak idiota. – Przepraszam, ja nie...
– JAK TU WSZEDŁEŚ?!
– To skomplikowane...
– MILICJĘ ZAWOŁAM! – Cofa się o pół kroku, opiera plecami o drzwi łazienki. – MILICJĘ!
– Nie! Proszę! Ja...
Staram się nie patrzeć. Naprawdę się staram. Ale oczy mają własną wolę...
Mózg też. Sam się przełącza na inny temat:
– Ale jesteś piękna – słyszę swoje słowa.
Cisza.
Twarz Zofii zmienia się z sekundy na sekundę, jakby trwał skanning prawidłowej reakcji: szok, niedowierzanie, gniew, zakłopotanie. Usta otwierają się i zamykają na zmianę. Źrenice poszerzają i kurczą. Wybór pada na wrzask i próbę ucieczki:
– AAA!
Dziewczyna rzuca się biegiem do kuchni. Ja za nią. Trzaska mi drzwiami w nos. Słyszę, jak szarpie szafki, jakby czegoś szukała w panice. Telefonu, broni?
– Proszę! – wołam, a raczej skomlę. – Ja nic złego nie chcę! Mogę wszystko wyjaśnić!
– Zostaw mnie!
– Proszę, posłuchaj.
– Zostaw mnie!
– Nie zadzwonisz na policję, to znaczy na milicję. – Nie wiem jakim cudem znajduję odpowiednie słowa. – Nie masz telefonu.
– Skąd wiesz?
– Bo mają tylko ci spod ósemki, na parterze. – To akurat wiem. Reszta mieszkań dostanie telefon dopiero po osiemdziesiątym dziewiątym.
– Skąd możesz wiedzieć, że oni mają?
– Bo to nomenklatura. Partyjni. – Teraz trochę blefuję, ale chyba nie mijam się zbytnio z prawdą.
– A jeśli my jednak mamy telefon?
– Nie macie.
– Skąd wiesz?
– Bo już tu byłem. Znam to mieszkanie jak własną kieszeń. – To absolutna prawda.
– Czego chcesz, ZBOCZEŃCU!
Czego ja chcę? Jezu! Nawiązać znajomość?
– To nie tak, jak myślisz, Zosiu! – Opieram czoło o framugę. – Wiem, że to nie zabrzmi dobrze i że mi nie uwierzysz. Ale ja nie jestem złodziejem ani... maniakiem. Jestem fizykiem.
– Kim?
– Fizykiem.
– Fizykiem?! Podsłuchiwałeś! Jak długo tu jesteś?
– Niedługo, to znaczy... – Jak jej powiedzieć, że ja tu mieszkam dłużej, niż ona ma lat?
– Włamałeś się, podsłuchiwałeś mnie i moją przyjaciółkę, przyszedłeś do łazienki... A teraz jeszcze mówisz, że jesteś fizykiem? Zostaw mnie w spokoju, proszę! – Czy ona się rozpłacze?
– Zosiu, nie włamywałem się. Przeniosłem się w czasie.
Odpowiada mi cisza. Długie milczenie. A po nim wybuch śmiechu. Objaw histerii?
– Zwariowałeś... Nawet cię nie znam.
Wzdycham. Muszę spróbować inaczej.
– Jestem z przyszłości – mówię powoli, wyraźnie, cedząc słowa jak na wykładzie przed aulą pełną studentów. – Z 2025 roku. Przeniósł mnie... Jak to nazwać... eksperyment z komputerem. Przy pracy ze sztuczną inteligencją. Wiem, że to brzmi jak science fiction, jak fantastyka naukowa, ale to prawda. Dlatego mówię dziwnie. Dlatego mam dziwne ubranie. W twoich czasach ludzie się tak nie ubierają i nie ma takiego logo. Jak chcesz, opowiem ci o przyszłości, jak będzie na lat czterdzieści, pięćdziesiąt... że każdy będzie miał komputer i telefon komórkowy, dżinsy będą wyglądać inaczej, modne będą jakby znoszone i z łatami, i z nogawkami w kształcie dzwona, wszystko będzie inaczej. – Co ja właściwie wygaduję?
– A ja jestem królową Saby – odpowiada Zosia. Drwi. Ale to dobry znak. Mniej paniki, więcej myślenia. A może też ciekawości?
– W twoim pokoju – kontynuuję – mieszkam teraz ja. To znaczy w moim czasie mieszkałem. Od 2004 roku. Do 2025. To znaczy, będę mieszkał. Czas to skomplikowana materia... Siedziałem całą noc przy laptopie i w sumie nie wiem, jak to się stało, ale teraz jestem tu z tobą, tutaj, w twoim czasie. Uwierz mi, nie planowałem tego.
– Przy laptopie?
– Laptop. Przenośny komputer. Nieważne... Słuchaj, wiem, że to szaleństwo, ale jeśli mnie nie wydasz, jeśli dasz mi szansę... to zrobię dla ciebie wszystko. Co tylko zechcesz. Możemy nawet zrobić razem te zadania z fizyki. Pomogę ci. Przysięgam.
Słyszę, a jakże, milczenie.
– Wszystko?
– Wszystko.
– Zadania z fizyki? I nie zrobisz mi nic złego?
– Obiecuję.
– Ale jak mam ci wierzyć?
– Nie możesz, ale uwierz. Nie jestem tu, żeby cię gwałcić. Zosiu. – Teraz ja się waham. – Nie masz wyboru. Twoi rodzice wrócą dopiero jutro. Jak mnie nie zabijesz, masz teraz nóż w ręku, prawda? Jak mnie nie zabijesz, to się przede mną nie obronisz. – Co ja bredzę? Przecież ja bym komara nie skrzywdził. – Zosiu, jestem głodny. Zróbmy tak, że ty się ubierzesz, a ja zrobię dla nas naleśniki. Mogę spróbować coś innego, ale nie za wiele umiem.
Cisza.
– Nie mam noża. O tym nie pomyślałam... Odejdź od drzwi i zamknij oczy. Odwróć się.
– Dobrze.
Robię trzy kroki w tył. Ale się nie odwracam i nie zamykam oczu.
– Miałeś nie patrzeć. – Dziewczyna spuszcza wzrok na podłogę. Teraz zasłania rękami piersi i łono. Policzki czerwone, jakby oblane sokiem z buraka
– Nawet nie wiem, jak masz na imię – mruczy pod nosem.
– Marcin.
– Jak spróbujesz czegoś głupiego, to będę krzyczeć tak, że się cały blok zleci.
Mija mnie w przedpokoju, patrząc mi w oczy. Ale ma piękne źrenice! I czarne szerokie źrenice.
– Ale jesteś piękna, Zosiu.
– Nic nie mów.
Mijają dwie minuty.
– Chodź - woła mnie z pokoju.
Siadamy przy biurku. Zeszyt w kratkę, pióro, pióro wieczne z niebieskim atramentem, rozwiązujemy pierwsze zadanie. Czuję zapach mydła, coś jakby wanilia. I czuję ciepło dziewczęcego ciała promieniujące przez szlafrok. Serce przyspiesza, mózg pracuje sprawniej, daje o sobie znać męskie libido. Kto by mógł przypuszczać? Szczypię się w ucho, bo nie wierzę, że to się dzieje naprawdę.
– Ciało o masie 5 kg porusza się z przyspieszeniem 2 m/s². Oblicz siłę...
– Drugie prawo Newtona. F równa się m razy a.
Mija godzina. Mówię, że takie żarówki, jak ta, która nam świeci w lampce na biurku, zostaną objęte zakazem, w związku z globalnym ociepleniem. Że w 2025 będziemy używać takich, co się nie grzeją, LED-owych.
Zosia spogląda mi głęboko w oczy.
– Jesteś bardzo inteligentny – mówi półszeptem i odkłada pióro – jak na wariata.
– Dziękuję.
– Ale nie wierzę w tę twoją historię.
– Domyślam się.
– Ale... – przygryza wargę – coś w tym jest. Też to, jak mówisz. I ta koszulka oczywiście. Ty naprawdę jesteś z innego świata.
– Bo jestem. Z innego czasu.
– Jak to możliwe, fizycznie?
Zosia przesiada się na łóżko. Jak gdyby nigdy nic, jak byśmy byli co najmniej przyjaciółmi. Siada ze skrzyżowanymi nogami. Patrzy na mnie tak, że znowu muszę się uszczypnąć. Nie, ja wcale nie śnię.
– Nie mam pojęcia. – Uśmiecham się nerwowo. – Ale możemy zapytać sztucznej inteligencji.
Wyjmuję komórkę z tylnej kieszeni spodni. Że też o tym wcześniej nie pomyślałem! Teraz mi musi uwierzyć. Oczywiście nie ma zasięgu. Ale ekran się świeci.
– Co to jest?
– Smartfon. Telefon komputerowy. Możesz nim dzwonić, pisać wiadomości, robić zdjęcia, słuchać muzyki, czytać książki, oglądać filmy.
– O komputerach coś wiem. – Zosia wchodzi mi w słowo. – Maszyny liczące.
– Zgadza się.
Przełączam na galerię zdjęć i podaję telefon Zosi.
– Jak jest zasięg, to znaczy dostęp do internetu, możesz w tym czytać aktualne gazety z całego świata, sprawdzać pogodę... – Korci mnie, żeby powiedzieć o darmowym porno, ale to by mogło zniesmaczyć nastolatkę z przeszłości.
Bierze go ostrożnie. Pokazuję jej, jak trzeba dotykać ekranu. Ma takie delikatne palce. Może zobaczyć zdjęcia z Krakowa, z Berlina, z Heidelbergu. Góry, laboratorium, korytarz na wydziale, ludzie z XXI wieku.
– To prawdziwe zdjęcia?
– Prawdziwe. – Przełączam w tryb selfie, trzymając Zosię za nadgarstek. Ekran zamienia się w lustro – A tak się robi zdjęcia.
Cyk i jesteśmy oboje w pamięci telefonu.
Zosia kiwa głową. Czuję jej biodro przy moim.
– Jejku!
– Uśmiechnij się – mówię.
Cyk.
– O Boże! Nie wierzę!
– Wyglądasz pięknie. A może...?
– Może co?
– Usiądź na krześle. Zrobię ci zdjęcie, jak siedzisz przy biurku.
Spogląda na mnie, już zupełnie bez strachu. Ufnie.
– Mam zapozować?
– Jeśli możesz. To będa zdjęcia tylko dla mnie.
– Jejku. Dobrze, że jak była Baśka, nie wyszedłeś wtedy z szafy. – Zaczyna się śmiać.
Przy jedenastym zdjęciu rozchyla przede mną szlafrok. Nie całkiem, ale wystarczająco, żeby nabrać chęci zobaczyć więcej jej młodego ciała.
– Dziękuję, że mi nie zrobiłeś nic złego.
– Nic złego?
– No wiesz. Nie dałabym rady się obronić.
– Nie umiałbym cię do niczego zmusić.
Odsłania się zupełnie. Tylko krocza nie widzę, bo siedzie z nogą założoną na nogę. Ale piersi... pierwsza klasa.
– Ile masz lat właściwie?
– Zależy jak liczyć – odpowiadam. – wczoraj miałem trzydzieści siedem. Teraz, hm, przekraczam próg pełnoletniości, tylko ze znakiem minus.
Zosia patrzy na mnie jakby zbita z tropu, przemyśla chwilę.
– To prawie tak samo jak ja – odpowiada i zaczyna chichotać. – Naprawdę ci się podobam?
– I to jeszcze jak.
Zasłania się. Zawiązuje sznurek.
– Gdzie będziemy spali? – Kompletnie mnie zaskakuje.
Wstaje z krzesła.
– Słucham?
– No, skoro zostajesz na noc, to gdzie będziesz spał?
– Nie pomyślałem o tym.
– Może w łóżku rodziców? – proponuje i taksuje mnie wzrokiem. – Nie, to głupie. Zresztą nie chcę, żebyś był tak daleko.
– Daleko?
– No. W razie czego. – Rumieni się. – Gdybyś próbował uciec, albo coś takiego. Nieważne.
– Nie ucieknę. – Uśmiecham się. – Mogę przysiąc.
– To dziwne – mówi Zosia z namysłem – ale zupełnie nie czuje różnicy wieku. A chyba powinnam.
– Może.
Wyciągam do niej ręce. Prowadzę do siebie. Siada mi na kolanach. Bokiem.
– Ja chyba zwariowałam. Powiedz mi, że to się nie dzieje naprawdę – chichocze.
– Powiem, ale to niczego nie zmieni. – Nie wiem, czy czuje mnie, jaki jestem twardy. Ale skoro ja czuję jej udo, to i ono powinno odbierać bodziec.
Czekam jeszcze chwilę i zdobywam się na odwagę, jak kiedyś w 2008 roku. Wsuwam rękę pod ubranie, tym razem pod szlafrok. Biorę w dłoń pierś dziewczyny. Z tą różnicą, że tamta miała na imię Agata i chodziła do czwartej klasy. Zosia wstrzymuje oddech.
– A tak w ogóle – zmienia temat, jak to tylko potrafią kobiety – powiedz mi coś jeszcze o przyszłości. Jak będzie wyglądać świat? Nie skończy się wojną atomową?
Zaczynam masować. Palcami studiuję kształt sutka. I zaczynam opowiadać.
– Od czego zacząć? Wiesz, w Polsce nie będzie komunizmu, tylko normalny kapitalizm. Niemcy się zjednoczą, Związek Radziecki się rozpadnie. Będą tam straszne wojny. Między Armenią i Azerbejdżanem, między Rosją i Gruzją, w samej Rosji dwie wojny domowe na południu, w republice Czeczenii, i na koniec między Rosją i Ukrainą, też dwie wojny. Z milionem zabitych i paroma milionami uchodźców. Wszystko będzie inaczej niż się wam teraz wydaje.
– Jak to? – Zosia niedowierza. – Związku Radzieckiego nie będzie? Przecież...
– Przecież Czechosłowacja? I Węgry, i NRD? To chcesz powiedzieć?
Zosia milczy. Chyba nawet nie wie, a jeśli coś, to niewiele, o tych zbrojnych interwencjach. Jeszcze śmielej ugniatam pierś i zaczynam całować pod uchem.
– A ty? – pyta po chwili, przechyliwszy głowę. – Opowiedz coś o sobie.
– Jestem fizykiem teoretycznym – zaczynam. – Pracuję na uczelni. To znaczy pracowałem do wczoraj. Mieszkam tutaj. W tym mieszkaniu. A wcześniej studiowałem w Berlinie, ale do liceum chodziłem tutaj. Do tego samego co ty, tylko do klasy z matfizem.
– Naprawdę?
– Naprawdę.
– A miałeś jakąś narzeczoną? Albo żonę i dzieci?
– Miałem dziewczynę – przyznaję. – Na studiach. Była trochę podobna do ciebie. Byliśmy razem półtora roku.
– I co się stało?
– Zdradziła mnie z moim kolegą, z którym w liceum przez cztery lata siedziałem w jednej ławce.
– To dziwne. Ja bym tak nie umiała.
– Było minęło – uśmiecham się i przenoszę pocałunki na policzek i usta. – To była moja pierwsza i ostatnia prawdziwa miłość.
– Jak miała na imię? – Zosia rozchyla szeroko usta i zaczyna odwzajemniać pocałunki. Łapczywie, z niecierpliwością. Jakby się do czegoś spieszyła.
– Agata – odpowiadam i całuję Zosię z jednakową niecierpliwością. – Zosiu! – mruczę jej w usta, nie przestając masować biustu.
– Marcin!
Kładzie mi obie dłonie na torsie i przestaje całować. Odchyla głowę. Zerka mi w oczy, wielkimi źrenicami. Zastanawia się chwilę i siada inaczej, przodem do mnie, okrakiem.
– Bałam się, że przyszedłeś mnie zgwałcić. – Obejmuje mnie ramionami. – A teraz się już nie boję.
– Zosiu – mruczę ze szczęścia i zaczynam ją na nowo całować. – A ty miałaś już kogoś?
Zanosi się śmiechem.
– Tylko zauroczenia bez wzajemności. Jak się zakochałam, to chłopak nawet nie zauważył, że istnieję.
– Idiota.
– Drużynowy.
Zsuwam z niej szlafrok, zdejmuję T-shirt. Zaczynam całować mostek i sutki. Na zmianę prawa pierś i lewa. Muszę się pozbyć spodni.
Zosia chyba myśli to samo co ja, bo patrząc mi głęboko w oczy, obraca się tak, że jak ją popchnę, jej plecy znajdą się na poduszcze.
Tak też robię. Wstaję na chwilę. Rozbieram się do naga. Zosia patrzy na mnie bezwstydnie. Na męskość, która dawno nie była w tak dobrym stanie. Twarda, napięta jak struna. Zosia rozsuwa kolana.
– Chodź – szepcze.
Byłbym ostatnim durniem, gdybym teraz zaczekał na potwierdzenie zaproszenia.
Muskam wargami jej usta, dołączam czubek języka. Zosia przyciąga mnie do siebie.
Całujemy się długo, głęboko. Ocieramy się bardzo intymnie. Aż w końcu napieram. Zagłębiam się w ciepłym wnętrzu. Dawno nie było mi tak przyjemnie, bardzo dawno. Razem tańczymy biodrami.
Jestem skupiony na sobie. Oparłem się czołem o poduszkę tak, że chucham Zosi w szyję, i dociskam, wysuwam, głębiej, szybciej, i znów bardziej leniwie. Muszę się pilnować, żeby nie skończyć za szybko, a już się zbiera na wytrysk.
– Och, Zosiu!
W odpowiedzi słyszę głośny oddech. Ciało Zosi pulsuje. Podnoszę się na łokciach, patrzę na buzię. Widzę zadowolenie i wyraz skupienia. Wielkie źrenice.
Dochodzę. Nie mogę się powstrzymać.
Osuwam się na bok, wtulam się w ciepłą szyję i mówię cicho:
– Przepraszam. – Ze wstydem.
– Nie ma za co. – Zosia obraca się do mnie, obejmuje i zaczyna całować po całej buzi. – Nie byłam jeszcze z nikim... w ten sposób. Marcin, powiedz, że nie znikniesz zaraz. Jak długo zostaniesz ze mną? To znaczy w moim czasie?
– Nie wiem. Nie wiem, jak wrócić, więc może zostanę tu na zawsze.
Opowiadanie stworzone przez AI.
Następne części:
AI i podróż w czasie (z powrotem w 2025) (AI)
AI i podróż w czasie (rok 2031) (AI)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz