Kalamita (Katastrofa) (2022)

Tę przygodę opowiedział mi dziadek. 

Działo się to dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma lasami... Dosłownie, w Czeskiej Republice, wtedy jeszcze w składzie Czechosłowacji. 

Mój dziadek jest bowiem Czechem. Urodził się w Klatowach, tam spędził dzieciństwo i młodość, tam też się ożenił i rozwiódł, zanim w 1990, tuż po Aksamitnej rewolucji, korzystając z nowych możliwości, złapał wiatr w żagle i wyjechał do Polski. W poszukiwaniu, jak to ujął, harmonii ducha, no i dla pieniędzy, o które w jego nowym ówczesnym zawodzie bioenergoterapeuty-ziołouzdrowiciela czyli, mówiąc szczerze, szarlatana, łatwiej było wtedy w Polsce. Teraz, ale głowy nie dam, jest chyba podobnie. 

Wreszcie w Klatowach właśnie zaczynał bieg pociąg mający nieoczekiwanie dla wszystkich uczestników stać się sceną niebagatelnych wydarzeń. Niebagatelnych dla dziadka, dla człowieczej jednostki, lecz w skali globalnej najzupełniej zwyczajnych, niegodnych nawet najkrótszej wzmianki w prasie czy Internecie. Jest nas osiem miliardów. W każdej sekundzie ktoś gdzieś przechodzi inicjację, w prozaicznym lub wyjątkowym miejscu, w mniej lub bardziej dramatycznych okolicznościach. I niemal każde z tych zdarzeń przechodzi niezauważone przez historię. 

Była zima. Na kuchennym kalendarzu  stał grudzień 1978. Dziadek uczył się w ostatniej klasie liceum. Miał już obczankę, czyli dowód osobisty. Był pełnoletni. Mógł podróżować bez rodziców. I jak każdego młodego, ciekawość świata pchała go w dal. Hen za horyzont, w nieznane, byle dalej od domu, od powszedniej rutyny.

Z kumplami ze szkoły, i co ważniejsze z koleżankami, postanowił skorzystać z przywileju pełnoletności i spędzić noworoczny weekend poza domem. O rezerwacji hotelu przez młodocianych turystów rzecz jasna nie było mowy. Nawet schronisko nie mieściło się w budżecie. Zostawały więc tylko dwie możliwości: albo spędzić Sylwestra „na chalupie”, czyli, jak by to się u nas nazywało, na działce, ale to ani nie daleko, ani niezupełnie poza domem, albo spędzić ten czas w podróży. Zaplanowali więc długą noworoczną wycieczkę pociągami, na przeciwległy koniec państwa, do bodajże Humennego na Słowacji, całych osiemset kilometrów od rodzinnych Klatow, dosłownie na koniec dostępnego im świata. Mieli pojechać tam i z powrotem, przeważnie lokalnymi pociągami, z przesiadkami, bez noclegów.

Wyruszyli w sobotę po południu. We troje. Dziadek, Petra — jego bliska koleżanka jeszcze od ostatnich klas podstawówki, ale tylko koleżanka względnie przyjaciółka, w każdym razie nie narzeczona czy dziewczyna, jeszcze nie, oraz Milan — jak mówił dziadek, skromny chłopak, z którym nie łączyła go jakaś przesadnie mocna zażyłość, po prostu kolega z klasy, zmotywowany do tej wycieczki tym, że był zakochany, zakochany w Petrze. Jechać miało więcej osób, w tym dwie ponoć bardzo atrakcyjne dziewczyny, ale jak przyszło co do czego, to stchórzyły i nie pojechały.

Tak więc we troje wsiedli do „motoraku”, czyli wagonu spalinowego model 831, dzisiaj kultowego. W Domażlicach miała do nich dołączyć kuzynka Milana i stamtąd już we czworo mieli jechać dalej przez Pilzno do Pragi i dokąd tam jeszcze. Mówię, że mieli jechać, bo nie dojechali.

Motorak zatrzymał się po godzinie gdzieś nie wiadomo gdzie w środku Czeskiego Lasu. Za jednym oknem drzewa, za drugim zaśnieżone pole. Na dworze popołudniowa szarówka. Po pół godzinie z kabiny na przedzie wagonu wyściubił głowę motorniczy i powiedział, że na torach jest zaspa i dopóki ktoś ich nie odśnieży, pociąg do przodu nie pojedzie. Do tyłu też nie może, bo drogę zagradza skład towarowy.

— Kalamita! (Katastrofa!) — jęknęła wtedy pasażerka z tyłu wagonu.

W ten sposób zwróciła na siebie uwagę dziadka i spółki, którzy do tej pory byli tak bardzo zajęci sobą, że nie dostrzegali żadnych innych ludzi. Wspominając tę chwilę i swoje ówczesne emocje, dziadek zaśmiał się nad samym sobą. Powiedział, że był oślepiony zazdrością. Chodzi o to, że Milan bez przerwy przymilał się do Petry, zawsze nieśmiały i skromny, tym razem wręcz kleił się do dziewczyny. Ocierał się o nią łokciem i nogą. Niby niechcący złapał za kolano. Tak to przynajmniej widział mój dziadek i krew mu zalewała oczy.

— Stało mi pióro — powiedział z rozbrajającą szczerością. — Petra, nie była modelką ani jakąś seksbombą, ale też nie była jakąś potworą. Była całkiem fajn — wyjaśnił dziadek, mrużąc oko znacząco.

— Jak wyglądała? — Cóż, skoro fajna, to zechciałem się dowiedzieć.

— Podobna trochę do tej twojej Amelki — odpowiedział i zamrugał obydwoma oczami. 

Czy takiej znowu mojej Amelki, to nie wiem. W sumie to tylko koleżanka z osiedla, ale dziadkowi się chyba podoba i dlatego sobie dopowiada. Ale nie ważne, nie o niej ta bajka. 

— Ciemne włosy — kontynuował dziadek — długie, za łopatki, tamtego dnia, pamiętam, że miała związane w kucyk. Nos taki fajny, trochę zadarty, malutki. Zupełnie jak u tej twojej Amelki. No i dolna warga wysunięta do przodu. Przodozgryz. Ale co najważniejsze, Petra była ogólnie zgrabna. Nie za wysoka, nie za gruba. No i wiesz: biodra, pupka, cycki, wszystko, co musi mieć dziewczyna, miała. Piersi może trochę za małe. Twoja Amelka też mogłaby się jeszcze co nieco uwypuklić. — Co do tego, to ma dziadek rację. — Małe, ale fajn! Jak śliwki. Całe mieściły się w buzi. Mniam!

Od tego wyznania, ukraszonego głośnym mlaśnięciem, cały się zamieniłem w uszy. Zrozumiałem, że dziadek nie tylko chce się pochwalić przygodą z młodości, ale też chce się podzielić swoją życiową mądrością, dać przydatną lekcję.

Kobieta z tyłu wagonu miała na imię Jana. Jej córka, piętnastoletnia, też ponoć ładna, zresztą tak jak i jej mama, miała na imię Katerzina, Katka. No a motorniczy, który po jakimś czasie też się przeniósł do środka wagonu i oczywiście przedstawił, Honza.

Najpierw jednak dziadek usłyszał ciche pytanie Katki:

— Mamo, a co jak nie ruszymy?

Jana nie znała odpowiedzi. Pomilczała chwilę, coś pomamrotała do córki, aż nie wytrzymała i wybuchła histerycznym krzykiem:

— Panie motorniczy, niech pan wyjdzie z tej swojej kajuty! Tak nie wolno! Proszę dzwonić do zawiadowcy stacji. Niech ktoś przyśle służby a choćby i wojsko. Nie możemy tak stać w lesie! Ratunku! Pomocy!

Honza nie natychmiast, ale dostatecznie szybko wyszedł z kabiny. Ponoć kłaniał się w pas, garbił i kulił. Próbował przeprosić i uspokoić przelękniętą kobietę, ale bez skutku.

Petra, jak mówił dziadek, a nie mam powodów sądzić, że nie mówił prawdy, tchórzem nie była, ale w stresowej sytuacji potrzebowała męskiego wsparcia. Przytuliła się do dziadka. Nie do Milana, który całą drogę jej nadskakiwał, ale właśnie do dziadka. To jemu ufała i to jego lubiła.

— A mnie stało pióro — zaśmiał się dziadek. — Nie martwiła mnie rozwrzeszczana kobieta, tylko to, że Petra mogłaby się zorientować i wystraszyć mojej pobudzonej fizjologii, i ograniczyć zaufanie. Jakbyś kiedyś miał mieć podobne myśli, mój wnusiu, przy fajnej dziewczynie, to wiedz, że nie warto. Nie warto się bać. One lubią stojące pióro. Lubią i pragną. — Dziadek znów mrugał okiem.

Łatwo powiedzieć, trudniej się nie bać w praktyce. Ale jeśli dziadek tak mówi, to coś musi być na rzeczy. To nawet logiczne, że kobiety lubią, jak nam stoi penis. Z punktu widzenia przetrwania gatunku nie może być inaczej.

W tej sytuacji Milan nie miał wyjścia — kontynuował dziadek. — Petrze nie był potrzebny, mnie tym bardziej. Musiał się od nas oddalić. Musiał podejść do tej kobiety i na niej jakoś potwierdzić swoją przydatność jako mężczyzny.

Jak Milan musiał, tak zrobił.

— Wszystko będzie dobrze, szanowna pani. Proszę się nie martwić, wszystko będzie dobrze — pocieszał kobietę z tyłu wagonu.

Zaraz dołączył do niego Honza, zostawiając mojego dziadka sam na sam z Petrą. Na ile oczywiście było możliwe pozostanie tylko we dwoje w tych kolejowych warunkach. Dziadek w każdym razie nie narzekał. Objął koleżankę. Troskliwie przytulił. Szepnął do ucha to samo, co na głos mówił Milan. Obejrzał się tylko raz czy dwa za siebie, przez naturalną ciekawość i z ostrożności, żeby nie tracić oglądu sytuacji.

Tak więc mniej więcej pośrodku wagonu dziadek otoczył czułą opieką swoją koleżankę Petrę, natomiast Milan i maszynista Honza zajęli się dodawaniem otuchy pani Janie i młodej Katerzinie na siedzeniu w ostatnim rzędzie.

Szybko robiło się zimno. Dziadek, Milan i Petra mieli ze sobą odpowiedni nabór zapasowych ubrań, przezornie zabrali w drogę nawet śpiwory. Mróz był im więc niestraszny. We wspomnieniach dziadka, jak tylko temperatura spadła do takiego poziomu, że para wodna w wydychanym powietrzu natychmiast skraplała się formując mgiełkę, pomógł Petrze wyciągnąć z plecaka dwa swetry i niejako w nagrodę za uczynność mógł z bliska obejrzeć, jak dziewczyna je na siebie zakłada, tajemniczo się uśmiechając i ani na chwilę nie spuszczając dziadka z oczu. Ale Jana i Katka dygotały z zimna.

— Mamo, ile to potrwa? — zapytała Katka.

Dziadek oczywiście nie słyszał wszystkiego w najdrobniejszym detalu, ale wiele informacji wydobył później od Milana. Reszty mógł się bez trudu domyślić, będąc inteligentnym człowiekiem. Brakujące elementy puzzla dopowiedzieć.

Lękliwe pytanie córki wywołało nowy atak histerii jej matki. Tak silny i straszny, że Honza poderwał się na równe nogi i w podskokach pobiegł do swojej kabiny. Dziadek w pierwszym odruchu pomyślał, że ze strachu, ale to było fałszywe wrażenie. Kolejarz wrócił zaraz z pękiem koców. Zadziałał adekwatnie.

— Przepraszam szanowne panie, że od razu nie pomyślałem — odezwał się uprzejmie a nawet uniżenie.

Okrył kocem wpierw Janę, żeby ukoić histerię, z którą i tak, ku największemu zdziwieniu dziadka, już w dużej mierze zdążył sobie poradzić Milan. Drugi koc Honza dał Milanowi, a trzeci zachował dla siebie. Powiedział do Katki:

— Chodź ze mną. — Najpierw na ty, ale od razu się poprawił: — Niech pani pozwoli. Przesiądźmy się, proszę, na chwilę. Dajmy pani mamie odpocząć. Pani Jano — zwrócił się też, jak wypada, do mamy nastolatki — pozwoli pani córce oddalić się ze mną na drugie siedzenie?

Tak uprzejmej prośbie ani Jana, ani Katka nie mogły odmówić.

Byłem ciekaw, ile lat miał ten Honza maszynista.

— Był starszy od nas — odpowiedział dziadek. — A ile mógł mieć? Gdzieś ze dwadzieścia pięć. Może trzydzieści, ale to już najbardziej górna granica.

Szkoła zawodowa, armia, trochę pracy na kolei. Z moich kalkulacji też wynika, że jeśli nie był stary, to znaczy stary z wyglądu, to mógł mieć właśnie tych dwadzieścia parę lat. Starszy od licealistów, ale bez przesady. Tylko cwany był z niego lisek. Przebiegły. Nieprzeciętnie cwany.

Wyciągnął dziewuszkę od matki i od razu zaczął ją obrabiać. Na fotelu przy swojej kajucie maszynisty, czyli w przeciwległym końcu wagonu, wobec tego, gdzie została Jana z Milanem. Honza i Katka — otulona kocem i objęta ramieniem, siedzieli przodem do dziadka i Petry. Wychodzi na to, że dwie pary mogły się obserwować nawzajem z odległości kilkunastu metrów. Niedużo. Ale nie mogli widzieć wszystkiego: przeszkadzał koc Honzy i śpiwór mojego dziadka służący za kołdrę dla Petry i dla niego samego.

Zastanawiałem się, co za matka z tej Jany, że oddała córkę w ręce nieznajomego. Musiała się przecież domyślać, jakie ten Honza może mieć zamiary. No i musiała widzieć, jak Honza przystawia się do Katki, jak ją obejmuje, przytula, szepcze coś do ucha. Jak osacza, prosi skonfundowaną dziewczynkę, żeby jeszcze nie wstawała, żeby jeszcze przez chwilę pozwoliła mu się nią opiekować. Dziadek też się zastanawiał, z tym że czterdzieści parę lat przede mną. Miał dwie proste i niewykluczające się odpowiedzi:

— Jak zawsze są dwie możliwości — odpowiedział z uśmiechem mędrca. — Pierwsza jest taka, że Jana była ślepa. Otóż one obie nosiły okulary. Z tym że Jana się chyba wstydziła i pierwsze co zrobiła, kiedy Milan się do niej dosiadł, to zdjęła szkła. Niektórzy ludzie tak mają, że się paranoicznie wstydzą swojej ułomności. Więc z prawdopodobieństwem bliskim pewności nie widziała, co się działo z jej córką w przeciwległym końcu wagonu. A że jaka matka, taka córka, to Katka, której okularami zajął się Honza, też pewnie nie widziała wyraźnie matki. Zwłaszcza że już panował półmrok. A wiesz, jak to jest, wnussiu  — dziadek często zwraca się tak do mnie — co z oczu, to z myśli. Być może nawet mnie i Petry Katka nie widziała wyraźnie. To i naszą obecnością się nie przejmowała. Tak samo pani Jana. — Dziadek jednak nie był stuprocentowo pewien swoich domysłów. — Druga możliwość — dodał od razu — jest taka, że Jana podświadomie wolała nie wiedzioeć wszystkiego. Tak bywa wygonie.

Może. Być może. Może nie widziały siebie nawzajem. Ale słyszeć coś jednak chyba musiały. Dziadek słyszał. I mi powiedział, jakie odgłosy dochodziły do jego uszu:

— Jsi krasnej (Ładny jesteś) — szepnęła Jana, jak się już całkiem uspokoiła.

Milan ciężko oddychał. I siedział obok kobiety, obejmując ją stale po męsku, sztywny jak kij od szczotki.

— Ty vole! (czeski wykrzyknik) — Wyrwało mu się z ust w pewnej chwili.

— Jsi hodnej. (Jesteś dobry, grzeczny, wielki, po prostu fajny)

— Ach! — Zaczął jeszcze głośniej dyszeć. I jeszcze bardziej zesztywniał.

Oczywiście dziadek nie mógł wiedzieć, co się tam odbywa, w szczegółach, a nawet z grubsza. Na bieżąco mógł się tylko czegoś domyślić, a dopiero potem, po fakcie, ewentualnie pociągnąć Milana za język. 

W tym wypadku jednak myśli dziadka na właściwy trop naprowadziła Petra. W ten sposób, że położywszy dłoń na jego kroczu, pomacała sterczącą męskość i szepnęła na ucho: 

— Jsi krasnej, Radku. Jsi hodnej.

— Ty vole! — odpowiedział dziadek. Też szeptem. Zachowując kontrolę nad głosem.

Zdekonspirowanie wzwodu okazało się wcale niegroźne. Wręcz niosło ulgę. Strach, jak to się mówi, miał wielkie oczy, wielkie jak bańki mydlane. I prysnął jak bańka, zupełnie bezboleśnie.

Z drugiego końca wagonu do uszu dziadka i Petry, prawdopodobnie też dalej, dochodziły ciche protesty Katky. Sporadyczne, acz powtarzające się regularnie co minutę. Być może trochę rzadziej:

— Ne... Prosím, ne... Pane Honzo... Pane Hozno, co děláte? (Panie Janku, co pan robi?)

Honza najwyraźniej dopiął swego, bo protesty ucichły.

Te dźwięki z przodu i z tyłu wagonu, i wyobraźnia starająca się znaleźć ich przyczyny jeszcze bardziej tłoczyły krew do penisa. Pomijam już dłoń Petry zapewne także czyniącą cuda. Dziadek stopniowo tracił panowanie. W końcu obrócił głowę i pocałował dziewczynę w policzek. Dyskretnie. Delikatnie. Musnął wargami szyję.

Petra odpowiedziała szeptem:

— Radku, nie tutaj. — Ale nie przestała głaskać pióra.

Dokładnie na odwrót. Bez słów poprosiła mojego dziadka, żeby pomógł rozpiąć spodnie. Rozporek nie na suwak, tylko na guziki. I uzyskawszy dostęp do kalesonów i majtek, wzięła pióro do lodowatej ręki.

— Kalamita — szepnął dziadek półżartem i pozwolił się pieścić. Jego serce i duszę rozpierało szczęście. Nigdy wcześniej obca ręka nie dotykała go w tym miejscu. Nie stymulowała. — Wiesz, co ci jeszcze powiem? — odezwał się do mnie.

— Nie wiem, dziadku.

— Petra na sto pięćdziesiąt procent była mokra. Wiesz, co mam na myśli? — Zamrugał obydwoma oczami. — Na dwieście procent. — Zaśmiał się do własnych wspomnień.

Jasne, wiedziałem, o jaką mokrość mu chodzi. Nawet jeśli bardziej z teorii niż z osobistego doświadczenia. Przytaknąłem. Uśmiechnąłem. Zrobiłem rozumiejąca minę:

— Tak, dziadku.

— Każda z nich trzech miała mokro między nogami. Aż chlupało. I każdemu z nas ciśnienie rozsadzało rozporek.

Nie wiedział, ale domyślał się, że Milan doświadczał z rąk pani Jany podobnych karesów. I widział, jak młoda Katka wije się w objęciach motorniczego. Siedziała już na jego kolanach i bardzo nieudolnie starała się ukryć podniecenie. Jakiejkolwiek by ono nie było natury, z lęku, z pieszczot, z poznawania tajemniczej fizjologii mężczyzny. Honza nie był przecież wyjątkiem. Jego penis też musiał stać na baczność i przyjemnym bodzeniem reklamować się dziewczynie. Katka oddychała głośno. Sapała. Nie trudno zgadnąć, że Honza macał ją po piersiach. A może też między nogami.

Kiedy indziej, w zasadzie wiele razy, dziadek narzekał na zmieniające się czasy:

— Jest coraz gorzej — twierdzi z przekąsem. — Kiedyś — powtarza — dziewczyny często chodziły bez biustonosza. Twoim koleżankom to się raczej nie zdarza.

We wszystkim ma rację ten mój dziaduniek. Amelkę parę razy widziałem w samej bluzeczce, to znaczy bez stanika, ale tylko u niej w domu. W szkole czy do sklepu byłoby to nie do pomyślenia. Szkoda.

Zapytałem, o czym rozmawiali uwięzieni w tym zimnym pociągu, choćby dla niepoznaki.

— A jak myślisz? — Dziadek się zaśmiał. — O niczym. Wcale żeśmy nie rozmawiali. Panowała idealna cisza. Jak makiem zasiał Dlatego uszy mogły wychwytywać co ciekawsze oddechy.

A propos rozmawiania. Każda cisza się kiedyś kończy. Pani Jana skończywszy sprawę z Miolanem, pierwszą tamtej nocy, wróciła mentalnie do otaczającej ją rzeczywistości. Poprosiła na głos Honzę, żeby przez radio się skontaktował z kimś odpowiedzialnym. Tym razem już bez paniki. Na spokojnie. Sama zabrała się za przygotowanie posiłku. Petra i Katka grzecznie ruszyły z pomocą. Ale bez zbędnych słów, jakby nie chciały mącić ciszy.

Takim sposobem panie wydobyły z bagaży kanapki i inne jadło zabrane w podróż. Honza zaś odebrał wiadomość, że dopóki śnieg pada i zaspy rosną, o żadnym ratunku z zewnątrz nie ma mowy. Służby zebrały tylko dane osobowe uwięzionych w pociągu osób. Na wszelki wypadek.

— Nieważne czy rządzą komuchy, czy niekomuchy — skwitował dziadek. — Czeskie państwo działa zawsze tak samo sprawnie.  Sam nie wiem, czy pół żartem, pół serio, czy tylko z sarkazmem.

W sześcioro przystąpili do kolacji. To wtedy dziadek miał okazję dokładniej się przyjrzeć pani Janie i Katerzinie.

— Sakra, były bardzo piękne. — Westchnął. — Szczupłe i wysokie. Obie, ale córka wyraźnie chudsza. Zakutane w swetry i kurtki, więc biustów nie mogłem ocenić, ale buzie i dłonie jak najbardziej. Gładką miały skórę. Katka czerwona na policzkach. Wiemy, wnusiu, dlaczego? — zaśmiał się dziadek mrugając okiem.

— Wiemy.

Z tego co zrozumiałem, Jana nie zmieniała barwy jak kameleon, ale za to jak ognia unikała wzroku córki. Ze wzajemnością zresztą. Też się nietrudno domyślić dlaczego.

Były szczupłe, wysokie i miały gładką skórę. Jaka matka, taka córka. Podwójny ideał piękna. W jeszcze jednym aspekcie nie różniły się wcale. Obydwie były krótkowzroczne. Chyba nie tylko w dosłownym znaczeniu.

— Co do tego to trochę nie jestem pewien, czy to zaleta. — Pozwoliłem sobie na żartobliwy komentarz.

— Ja też nie — odpowiedział dziadek. — Twoja Amelka krótkowzroczna nie jest, prawda?

— Zgadza się, dziadku.

— To znakomicie. — Zamrugał okiem, tak jak ma w zwyczaju. — Ale jakby kiedyś się zdarzyło, że by była, to ty korzystaj. Nie dawaj się skrupułom. Nie czekaj. Korzystaj, zanim zamiast ciebie zrobi to ktoś inny.

Powiedziałem, że muszę to sobie przemyśleć. Jasne, że skorzystam, tylko jak i kiedy? Można sobie tylko pomarzyć.

Tymczasem dziadek wrócił do opowieści:

— Jak dobrze, że tu jesteście, panowie! — powiedział, symulując kobiecy głos pani Jany. — Nie wyobrażam sobie, co byśmy tutaj same robiły.

I odpowiedział głosem Honzy:

— Zawsze do usług szanownej pani. — Szarmancko jak dżentelmen z innej epoki, co najmniej z pierwszej republiki.

Cwany był lisek z tego maszynisty.

Na tym epizodzie dziadek zawiesił się na parę chwil jak Windows.

— Zastanawiam się, czy na tym nie przerwać — wyjaśnił. — Nie chcę, żebyś mnie miał za starego zboczeńca.

Zawsze się tak droczy. Przerywa w najciekawszym momencie. Jak kiedyś czytywał mi „Lokomotywę”, to też się zatrzymywał na tysiącu atletów i musiałem błagać o ciąg dalszy.

— Oj, dziadku!

— No dobrze, wnusiu, jesteś już duży.

Od jakiegoś czasu panowała już ciemność. Wiadomo, w zimę dzień krótki. Po kolacji przyszła pora ułożyć się do snu. Bo co innego robić bez telewizji?

Do dyspozycji mieli trzy śpiwory i koców ile dusza zapragnie.

— Skąd koce w pociągu? — Trochę się dziwiłem, ale dziadek znał odpowiedź.

Hoteli w tamtych czasach było mniej niż dzisiaj. Na pewno przychodziło kolejarzom zdrzemnąć się na służbie. Albo spędzić całą noc gdzieś na bocznicy poza domem. Musieli więc mieć się czym przykryć.

Podzielili się demokratycznie. Śpiwory dostały kobiety, kolejowe koce mężczyźni. To jednak tylko w socjalistycznej torii, jak się wyraził dziadek, bo w praktyce każda z pań wspaniałomyślnie przyjęła na nocleg sublokatora. Dyskretnie na tyle, na ile pozwalała sytuacja.

— Zmieściliście się we dwoje do jednego śpiwora? — zapytałem bez dowierzania.

— I to jeszcze jak! — odpowiedział dziadek ze śmiechem. — Tylko tyłek trochę wystawał. Ale jak się przykryło kocykiem, to i to nie przeszkadzało. Ciepło mieliśmy.

Że ciepło, to mogę sobie wyobrazić. Poubierani byli na wielokrotną cebulkę. Ale dziadek rzecz jasna nie takie ciepło miał na myśli. Szybko przeszedł do sedna:

— Petra znowu zajęła się moim interesem. Wsunęła rękę w portki i zaczęła go głaskać. Ach, jaką miała chłodną i sprawną rączkę!

Milan potem mu się zwierzył, że jak pani Jana drugi raz wzięła się za jego penisa, nie wytrzymał nawet dwóch minut. Dziadek okazał się bardziej wytrwałym. I przewidującym.

Nakłonił dziewczynę, żeby się obróciła do niego plecami. Na boku. Po czym otoczył ją ramionami, przytulił się całym sobą, bodąc i dźgając pupę naprężonym piórem, a ręce wsunął od przodu pod wszystkie warstwy swetrów i bluzek. Złapał za piersi.

— To było cudowne uczucie! — Westchnął. — Życzę ci, żebyś tak kiedyś zmacał tę swoją Amelkę, jeśli jeszcze jej nie macałeś. Petra miała super cycki. Małe, ale puszyste jak racuszki. I potwornie wrażliwe na dotyk. Z sutkami twardymi jak guziczek.

Dziadek nie mógł się nacieszyć wspomnieniem. Tak mu się wrył w pamięć pierwszy poważny sukces w jego seksualnym życiorysie.

Po jakimś czasie, starając się ani trochę nie zaszeleścić śpiworem, Petra rozebrała się od pasa w dół. Dziadek, obserwując jej poczynania, wprost nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Też się trochę obnażył na dole. Nie zupełnie, ale akurat tyle, żeby naprzeć na pupę dziewczyny bezpośrednio penisem. Prawą dłonią sięgnął do cipki. Nie wiem, na ile to ważne, że akurat prawą. Powtarzam tylko to, co mi powiedział.

— Ach, te kudłate włoski! Gęstą miała Petra czuprynkę. — Uśmiechnął się pod nosem do swoich wspomnień. — I była mokra. Mazista. Jakby tam miała świeży kisielek z siemienia lnianego.

Oj, tego doświadczenia to mu zazdroszczę. Ciekawe, jaka jest ta ich maź kobieca na żywo! Ciekawe, czy kiedyś mi się uda tę maź wywołać u jakiejś dziewczyny. Już obojętnie u której. Nie muszę się ograniczać do Amelki.

Petra po jakimś czasie obróciła się na drugi bok, położyła przodem do dziadka i pocałowała w usta. Namiętnie. Ślinowo. Tak się zapomniała w tym pocałunku, że aż podrapała dziadkowi wargi dolnymi zębami. Taki zaskakujący skutek przodozgryzu.

Dziadek z ochotą odwzajemnił wszystkie jej pocałunki. A nabrawszy jeszcze większego animuszu, zaczął ją szturchać członkiem. Pióro coraz aktywniej szukało kałamarza. Szukało, aż znalazło. Szukało? O święty przypadku, słowo szukać w czeskim wydaniu, šukat' (mieć seks), też tu pasuje!

— Nie tutaj, Radku. Nie teraz. Później. Jak będziemy sami.  — Powtarzała tę samą mantrę wiele razy. Bardziej do siebie, niż do dziadka.

Po czym, przecząc swoim własnym słowom, pomogła dziadkowi zdjąć całkiem kalesony.

Dziadek, próbując pogodzić pożądanie z rozsądkiem, i ze zdrowym wstydem, przerwał ataki penisem. W zamian włożył w dziewczynę palec. Niemo poprosił, żeby podwinęła bluzki. I jak tylko pierwsza pierś wydostała się spod ubrań, przywarł do niej ustami z zachłannością wyposzczonego glonojada. Wessał całą do buzi.

W końcu po kilku czy kilkunastu naprzemiennych rundach całowania w usta i piersi — dziadek też nie wie, ile zmian w sumie było — połączonego z masowaniem dziewczyny w środku, dziadek znów poczuł dłoń Petry na przyrodzeniu.

— Chodź — szepnęła mu na ucho Petra.

Chciała go poczuć w sobie.

Dziadek nie wiedział, jak się do tego zabrać. Ciekawe, czy ja będę wiedział, jak przyjdzie konkretnie co do czego. Ostrożnie szukał odpowiedniej pozycji, żeby było i wygodnie, i dyskretnie. Wrodzona i nabyta skromność kazały mu — im, bo dotyczy to wszystkich trzech par — kochać się tak, żeby inni niczego nie słyszeli.

Udało się na boku. Dziadek dokładnie opisał mi tę pozycję, najlepiej, jak potrafił. Lewa noga Petry, zgięta w kolanie, powędrowała wysoko nad prawe biodro dziadka. Lewą ręką Petra objęła dziadka za szyję. Prawą chwyciła za członek, żeby mu pomóc trafić do celu. Ciągnąc za szyję, przywarła ustami do ust dziadka. On z kolei prawym kolanem przykrył prawe udo Petry. Rękami objął w talii, przyciągnął do siebie. Przywarł brzuchem do brzucha. Oddał pocałunki z lichwiarskim procentem i sowitą nawiązką. W końcu Petra wsunęła jego członek w siebie, przywiodła pióro do kałamarza. Wystarczyło tylko pchnąć jeszcze i zablokować dziewczynie ruch bioder, żeby nie mogły się więcej cofnąć w odruchu obronnym.

— Och, wnusiu, to była najcieplejsza cipka jaką w życiu miałem. Pierwsza i najlepsza — wyznał dziadek tym razem bez krzty żartu w tonie głosu.

Zaśmiał się dopiero przy tym, jak wspomniał, że tamtej nocy szeleścił nie jeden, lecz trzy śpiwory.

— Milan też wtedy zamoczył pióro — powiedział. Odnośnie kolejarza Honzy nie był pewien. — Młoda Katka była głupiutka, ale chyba jednak nie na tyle, żeby się puścić na całość z nieznajomym. Nawet pod czujnym okiem też nie najmądrzejszej matki.

— Nie bałeś się robić tego bez prezerwatywy?

— A ty byś się nie bał? — odpowiedział pytaniem. — Jasne, że się bałem. Ale wiedz, że strach bywa dobry. Adrenalina wzmaga doznania. — Na pewno zapamiętam sobie te słowa. — Zresztą co by to było za kochanie bez strachu i ryzyka?

Na WDŻ takie kochanie nazywa się bezpieczny seks. Ale kiedy dziadek chodził do szkoły, tego przedmiotu jeszcze nie było. Ani w Polsce, ani w Czechosłowacji. Wolałem przemilczeć ten temat.

Dziadek był dumny, że wytrysnął do cipki. W ogóle ma taką teorię, że kobiety trzeba znakować, to znaczy zostawiać w nich swoją spermę. Oczywiście tylko kobiety, które są tego warte. Ale że na inne kobiety, te, które nie są wiele warte, szkoda czasu, to znakowanie dotyczy wszystkich kobiet dziadka.

— Oznakuj, zanim za znakowanie weźmie się ktoś inny — radził mi dziadek przy innej okazji. Taki już jest ten mój dziaduniek. Dziwny, ale fajny.

Można się wiele od niego nauczyć. Na przykład przekonał mnie, że jak się słucha lekcji albo wykładu, to warto zadać jakieś pytanie. Zapytałem więc, albo raczej stwierdziłem, że oznakowawszy Petrę, raczej nie żałował, że przez śnieżycę nie poznał kuzynki Milana. Tej, która miała dołączyć w Domażlicach.

— Marta? A kto ci powiedział, że jej nie poznałem? Świętowaliśmy razem Sylwestra — odpowiedział dziadek triumfalnym tonem. — Spędziliśmy wtedy w jej domu dwie noce, zanim mogliśmy wrócić do Klatow. Jasne, przez to że miałem Petrę, nie mogłem poznać się z Martą tak dobrze, jakby zasługiwała, ale co się odwlecze, mój wnusiu, nie jest jeszcze do końca stracone. — Ach, ten dziaduniek!

Następnego dnia, kiedy już było po śnieżycy i motorak szczęśliwie sunął do Domażlic w śnieżnym tunelu, wybitym przez przysłany na ratunek pług, młodzi wymienili się adresami. Obiecali sobie, że będą pisać listy.

— Dziewczyny przez jakiś czas wysyłały kartki pocztowe, Petra do Katki, Katka do Petry — powiedział dziadek. Sam nie dotrzymał słowa. — Nie miałem jej nic do powiedzenia. To znaczy do napisania.

Każda powiastka powinna się kończyć ciekawą puentą. Ale jak tu spuentować historię banalną, że koleżanka z kolegą, nie mając lepszego zajęcia, powymieniali się trochę płynami ustrojowymi? Zamiast puenty dziadek mi w końcu powiedział, skąd się wzięło jego zamiłowanie do napojów z dwutlenkiem węgla.

Otóż po powrocie do domu przeczytał w gazecie, albo usłyszał w telewizorze, albo i jedno, i drugie, i jakieś inne trzeciejednocześnie, że to była zima stulecia. W dodatku nie pierwsza w XX wieku. Śnieżyce i mrozy paraliżowały Czechosłowację w latach dwudziestych, w 1940 i 1963 roku. 

Później dokładnie sprawdziłem te daty w Googlu i Wikipedii. Faktycznie w XX wieku mieliśmy aż cztery ekstremalnie zimne zimy, każda następna ostrzejsza od poprzedniej. Według komentatorów te coraz częściej występujące anomalie pogodowe zwiastowały globalną katastrofę klimatyczną. Ziemia miała się coraz szybciej staczać z interglacjału z powrotem w epokę lodowcową. Miało nastąpić globalne ochłodzenie, i to nie za tysiąc lat, kiedy nas już ni ebędzie, tylko teraz, już, jeszcze w XX wieku, najpóźniej w XXI. 

Znawcy tematu bili na alarm, żeby przeciwdziałać. Remedium miała być wzmożona emisja gazów cieplarnianych. W pierwszym rzędzie dwutlenku węgla. Dziadek, wtedy niewiele starszy niż ja, w młodzieńczym zapale podchwycił tę zbożną ideę. Zaczął nałogowo pić Kofolę i wodę Mattoni. Uwalniając w ten sposób dwutlenek węgla by wzmocnić efekt cieplarniany. Pozostaje wierny tym markom do dzisiaj.

— Widzisz, wnusiu, jak przewrotna była propaganda komunistów? Do jakich kłamstw byli gotowi się posunąć, żeby usprawiedliwiść rozrzutność? Nie dlatego spalaliśmy mnóstwo węgla, że nasze technologie były nieefektywne, tylko po to żeby zbawić ludzkość od mrozu. Sakra!

Przynajmniej tę część bajki dziadek spuentował. Powiedział mi jeszcze, że wtedy, w 1979, niejako po gorących śladach próbował spieniężyć swoją przygodę z katastrofą pogodową. Był naiwny i młody. Napisał coś w rodzaju scenariusza, wysłał do telewizji.

— Nie dostałem ani halerza — zaśmiał się. — Nie umieścili mnie nawet w napisach po filmie. Z całego pomysłu ostał się tylko tytuł. Kalamita, ty vole!

Prawda, że niczego sobie jest ten mój dziadek Radek?

Aha, jeszcze jedno, czym mnie dziadek ostatnio zaskoczył. On na poważnie wziął sobie do serca sprawę z Amelką. Przywiózł z Czech dziesięć zgrzewek Kofoli, we wszystkich dostępnych smakach.

— Zaproś jutro sąsiadkę na degustację — powiedział, mrugając jak zawsze prawym okiem.

Widzicie, jak się stara? Naprawdę chce mi pomóc. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz