Wyjazd (2023)

Zamiast motta:
Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina
Starszy czy młodszy,
chłopak czy dziewczyna
S. A. Świerzyński (Bayer Full) „Wszyscy Polacy” (1995)

Dochodziła dwudziesta pierwsza. Ulicę Marchlewskiego, centralną arterię piętnastotysięcznego miasta X, spowijał mrok. Janek po ciężkim dniu wracał do domu. Od szóstej na nogach. Pociąg o za piętnaście siódma, szkoła o ósmej, od czternastej praktyki w lokomotywowni. Technikum i praca to nie przelewki. Dobrze, że zdążył na pospieszny o dwudziestej dwanaście. Przynajmniej tyle mu się tego dnia poszczęściło. Wcale nie taki pechowy piątek, jak gadają przesądni ludzie. Jeszcze tylko sobota — praca na pół gwizdka — i już wytęskniony odpoczynek w niedzielę.

Idąc spiesznym krokiem, myślał o ulotkach. Czy się nie zgubią. Że dobrze dokręcił śrubki, że na obitce prawej ściany pod sufitem w kabinie motorniczego nie zostawił śladów, tego był pewien. Bibuła leżała tam bezpiecznie. Ale w drodze do Szczecina, na koniec Polski, wszystko mogło się zdarzyć. Mocniejsze hamowanie, ładunek się przesunie i już kłopot. Ryzyko, że odbiorca nie znajdzie i cała robota na nic.

Myślał też o Basi. Ona nic nie wiedziała o konspiracji. Teoretycznie mogłaby się domyślać, ale Janek nie chciał jej wtajemniczać. Jeszcze nie. A może nigdy. Sam nie wiedział. Działał dopiero od niedawna. O ile pomaganie w transporcie paczek papieru można w ogóle nazywać działaniem w opozycji. Niczym ważnym się nie zdążył zasłużyć. Był tylko małym trybikiem. Maszyną kierowali inni.

Miasto pogrążało się we śnie. Na ulicy poza Jankiem nie było widać żywej duszy. Minęła go tylko jedna ciężarówka. Był już prawie na miejscu; do klatki schodowej zostawało mu niecałe pięćdziesiąt metrów, gdy nagle naprzeciw, w niedużej odległości od siebie, zobaczył dwóch mężczyzn. Stali przy latarni na skrzyżowaniu ulic, ubrani w ciemne spodnie i kurtki, zdawali się rozmawiać. W półcieniu przy słupie energetycznym, betonowym trójkącie z wygasłą lampą na szczycie, Janek dojrzał ich chyba tylko dlatego, że akurat zapalili papierosy. Nie bez kozery mówi przysłowie, że najciemniej bywa pod latarnią.

Nie chciało mu się rozmawiać z żadnymi sąsiadami. Kimże jeszcze mogliby być ci dwaj? Profilaktycznie przeszedł więc na drugą stronę ulicy. Starając się nie wpaść im w oko. Nie prowokować do kontaktu.

Przeszedł kawałek i wtem mężczyźni spod słupa wolnym krokiem ruszyli w jego kierunku. Nie znał ich. Nawet nie kojarzył z widzenia. Przystanął, żeby przejść przez jezdnię z powrotem na stronę, gdzie stał jego blok. I żeby dać im przejść dalej, dokądkolwiek niosły ich nogi.

Wtem jeden z nieznajomych, przechodząc obok, potrącił Janka łokciem. Niepozornie, ale na tyle mocno, żeby zepchnąć na jezdnię. Tak niefortunnie, że Janek zahaczył nogą o krzywy krawężnik i o mały włos się nie przewrócił. Dobrze, że o tej porze nic nie jechało. Próbując zachować równowagę, Janek zdążył się zdziwić, że w ogóle doszło do kontaktu z nieznajomym, bo chodnik był dość szeroki, żeby się minąć. Ale zdziwienie szybko prysło. Tuż za plecami usłyszał warknięcie:

— Jak chodzisz, debilu! — Od razu stało się jasne, że szturchnięcie nie było dziełem przypadku.

— Przepraszam — powiedział. Odwrócił się. Na tyle tylko, żeby głos pobiegł do adresata.

— Przepraszać to możesz swoją starą, frajerze! — warknął nieznajomy i z całej siły popchnął chłopaka.

— Co jest?

— Gówno! — Napastnik zaśmiał się i jednym susem doskoczył do Janka. Chwycił za kołnierze.

Był wyższy o głowę i cięższy o dwadzieścia kilo. W tym czasie jego kompan zaszedł napadniętego od tyłu.

— W krzaki go! — rozkazał ochrypłym głosem i niemal natychmiast wymierzył cios w prawą nerkę.

— Ale, panowie, przepraszam! Muszę do domu. — Janek spróbował niemożliwego. Nie wierząc, że bandyci mu odpuszczą ot tak po prostu, ale też z nadzieją na łut szczęścia.

— Nie pierdol! — warknął pierwszy z oprychów i wymierzył cios w oko.

Siła uderzenia obróciła uderzonego o dziewięćdziesiąt stopni. Zachwiał się na nogach, ale nie upadł. Rzucił się do ucieczki.

— Dawaj go! — usłyszał za plecami.

Pół minuty później leżał już na ziemi. Między krzakiem bzu, skądinąd pachnącym intensywnie, kwieciście, a murowanym śmietnikiem, też emitującym intensywną woń, aromat gnijących resztek roślinno-zwierzęcych.

Łup! Pierwszy kopniak trafił w lewe udo. Łup! Brzuch nad prawym biodrem. Łup! Kop w plecy.

— Na teraz starczy. Chodź! — powiedział ochrypły głos.

Łup! Kop w brzuch. Ostatni. Oprych charknął głośno i splunął gęstą flegmą na twarz Janka.

— Cho! — warknął.

— Ale za co, panowie?

— Za co, słyszałeś? — Obaj zaśmiali się szyderczo.

Łup! Łup! Łup!

— Chodź, Zbychu, idziemy już. Pacjent chyba zmądrzał.

***

— O Jezu Maryjo! — Matka ledwie poznała syna. — Zocha! Chodź, trzeba pomóc Jankowi, szybko! Dość już tych książek na dzisiaj.

Razem z córką pomogła się rozebrać pobitemu. W łazience zrobiły wstępną obdukcję. Pomogły wejść do wanny.

— Kto ci to zrobił, synu? — zapytała mama. — Co się stało?

Janek tylko mruknął niewyraźnie, że nie wie.

— Jezus Maria, nie mogę na to patrzeć — powiedziała i wyszła z łazienki, zostawiając rodzeństwo samo.

 Siostra przemyła Jankowi plecy. Delikatnie, miękką gąbką. Pomału. Dając czas na zebranie myśli i słuchając nie za długiej relacji z przykrego zdarzenia. Nie zadawała pytań. Odezwała się tylko, by powiedzieć, żeby się spróbował obrócić bardziej przodem do niej.

Namydlając tors, musiała się pochylić. A że miała na sobie tylko luźną sukienkę, nieprzylegającą do ciała, oczom Janka ukazał się nagi biust siostry. Piersi drgały w rytm ruchów ręki trzymającej gąbkę. Janek odwrócił wzrok, ale ciekawość i tak zwyciężyła. Jeszcze raz spojrzał na piersi. Jego uwagę zwróciły na siebie duże sutki. Czy to wskutek stresu, czy w wyrazie podziwu dla kobiecej anatomii członek szybko napęczniał. Wyprężył się dumnie wprost przed oczami Zochy. Tej reakcji własnego ciała Janek nie mógł w żaden sposób zastopować. Zdołał jedynie otworzyć buzię, żeby przeprosić. Ale jak tu przepraszać za coś, na co się nie ma wpływu?

— Oj, hih! — Pierwszą reakcją Zochy był chichot. — Janek? — Popatrzyła na różową żołądź wyzierającą przez napletek. — Wiesz co?

— ? — Janek tak samo jak siostra szukał w głowie odpowiedniego słowa. Na próżno.

— Wiesz co nam mówił Kapitan na PO? Że w czasie boju — Zocha starała się oddać charakterystyczny tembr głosu ex-oficera — żołnierze często dostają wzwodu. Szczególnie jak idą do szturmu.

— Stary zboczeniec — odpowiedział Janek. — Nie za darmo go usunęli z podstawówki.

— No — zgodziła się Zocha. — Ale to naprawdę wygląda jak lufa karabinu — powiedziała o członku.

— Acha. A to — Janek wskazał wzrokiem na biust dziewczyny — naprawdę jest podobne do dzwonów w kościele.

— Oj, przestań, zboczeńcu, hi, hi. Bo się sam będziesz mył dalej.

— Przepraszam. Wiesz co, Zosiu, dziękuję.

— Nie ma za co. Mama mi kazała.

— To nieważne. Dziękuję.

— Proszę cię bardzo.

Chwilę potem pomogła bratu stanąć. Trochę nie chciał, ale go przekonała, że zamknie na chwilę drzwi na zamek, w razie gdyby mama próbowała wejść do łazienki. I że nikt się nie dowie o przyczynie wstydu. Zbliżyła gąbkę do członka.

— Wiesz co, Zosiu, lepiej ja sam.

— Oj tam, daj spokój.

Schyliwszy się, zaczęła namydlać, ostrożnie, jedną dłonią pocierając delikatnie, drugą przytrzymując członka w miejscu. Janek w tym czasie zerkał z góry na ponownie odsłonięty dekolt. Miał przed sobą już nie dziecko, lecz dojrzałą licealistkę.

— Chłopaki się za tobą oglądają? — zapytał cicho.

— Chyba tak. Hih. W końcu trochę urosły — powiedziała o piersiach — to się i gapią co poniektórzy.

— Ktoś fajny? Masz na oku jakiegoś kandydata na narzeczonego?

— Może, może… Tylko on chyba nie wie jak zagadać.

— Zosiu, tego nie trzeba tak… no, dokładnie — powiedział Janek o myciu penisa.

— Nie? A jak trzeba?

— Właściwie… to nie było brudne.

— Wiesz co? W samą porę mi mówisz — odpowiedziała Zocha z udawanym oburzeniem. Teatralnie wypuściła z dłoni mydło i stanęła na wyprostowanych nogach. — Damy radę, żebyś wyszedł z wanny, czy lepiej zawołać mamę?

— Nie wołaj. Kości mam całe.

Zosia pomogła mu się wytrzeć i założyć piżamę. Przy okazji podpytała jeszcze o sprawy sercowe:

— Mama by chciała wiedzieć, kiedy przedstawisz nam swoją Basię. Mówiła, żebyś ją zaprosił na obiad.

Janek musiał odpowiedzieć wymijająco, że przed wakacjami na pewno się nie uda. Że on sam też nie miał jeszcze okazji odwiedzić swojej dziewczyny w jej mieszkaniu.

— Za daleko — powiedział, wzruszając ramionami.

— Ale się całujecie? — Zocha frywolnie zmrużyła oko.

— No, co to, to już.

— Po francusku?

— Nie. Po polsku. — Nigdy tego nie robił, ale tym razem musiał: klepnął siostrę w pośladek, niby za karę. I powiedział: — Dziękuję, Zosiu. Jak tak ze mną rozmawiasz, to mnie już nic nie boli.

— A, proszę cię bardzo — odpowiedziała siostra ze śmiechem.

Pomogła mu zjeść kolację przygotowaną przez mamę i położyć się na noc. Na uwagę obydwu kobiet, że nazajutrz powinien iść do lekarza i na milicję, odpowiedział krótko:

— Nie mogę. Muszę być jutro w pracy.

Po co? Dlaczego? Bo miał do zrobienia coś bardzo ważnego. Co — tego wytłumaczyć nie umiał. Nie chciał.

— Robota nie zając — burknęła mama i obróciwszy się na pięcie, wyszła z kuchni.

— Naprawdę musisz? — zapytała siostra szczerze zdumiona.

— Muszę.

— Chcesz, żeby ci Basia pomogła pocałunkami? — powiedziała szeptem na ucho.

— No.

O paczkach czekających na pociąg do Krakowa nie wolno mu było mówić nikomu; nawet, albo przede wszystkim, rodzinie.

***

Na komisariat MO Janek więc nie poszedł. Zrobił to jego ojciec, jak tylko wrócił z nocki. Wściekły na oprychów i na syna. Że głupi, że się wdał w bójkę i że nawet do lekarza i milicję iść mu się nie chce. Sakramencko głupi.

— Towarzysz Poznański, Rafał… Imię ojca?… Aha…To pana pobili?… Nie pana? Syna?… No to nie mogę przyjąć zgłoszenia… A co sprawcy?

— Co sprawcy, towarzyszu sierżancie?

— No, kto to był? Imiona, nazwisko, adres?

— Nie wiem. Pod blokiem go napadli, około dwudziestej pierwszej, ubrani w czarne kurtki, trzeźwi, chociaż wątpię. To muszą być jacyś tutejsi chuligani, albo goście. No, milicja powinna wiedzieć, a jak nie wie, to sprawdzić. Wychodzilibyście w patrol wieczorem, to by się takie chuligaństwa nie zdarzały! A takie spokojne miasto… było kiedyś.

— Towarzyszu Poznański, niech się towarzysz nie zapomina!

— Bo co? Grozisz mi, synku? Zgłoszenia nie przyjmujesz?! Gdzie naczalnik?

— Proszę się nie unosić, towarzyszu.

— Nie? Bo co mi zrobisz? Wołaj no naczalnika!

Szef komisariatu przyznał rację swojemu podkomendnemu. A na odchodne zapytał:

— A tak właściwie, towarzyszu Poznański, co wy tu jeszcze robicie?

— Co macie na myśli, towarzyszu poruczniku?

— Nie wyjechaliście jeszcze?

— Dokąd mielibyśmy wyjeżdżać?

— Już wy to dobrze wiecie, towarzyszu. A synek niech lepiej uważa, z kim się zadaje. Widzicie sami, towarzyszu, do czego prowadzi szemrane towarzystwo.

— Janek z nikim szemranym się nie zadaje!

— To wy tak sądzicie, towarzyszu Poznański. Partia może być innego zdania. Do widzenia, czołem!

— Ja tego tak nie zostawię, poruczniku. Jeszcze jest sprawiedliwość na tym świecie, pojadę z tym do województwa.

— Wy mnie straszycie?

— Nie straszę, tylko zapowiadam.

— Rozumiem. Szalom, towarzyszu.

„Pies MO-mowy, a zna zagraniczne słowo” — przemknęło przez myśl Poznańskiemu. Lecz nie miał nerwów ani czasu roztrząsać w szczegółach przyczynę tego odejścia od reżimowej nowomowy. Odpowiedział cicho:

— Do widzenia.

***

 

Zosia wracała ze szkoły. Zamyślona, rozmarzona, zakochana. Wcześniej tego dnia kolega z klasy nieśmiało zaprosił ją do kina. Właściwie to nie zaprosił, tylko zapytał, czy by w którąś wolną sobotę miała kiedyś czas na kino. Nie proponował żadnego konkretnego filmu, nie pokazał biletów, ale i tak osiągnął cel, zmusił dziewczynę do pomyślenia. Najchętniej obejrzałaby „Walkę o ogień”.

Wszedłszy do klatki, zauważyła mężczyznę. Odwrócony bokiem majstrował coś przy skrzynkach na listy. Ubrany był w długie czarne spodnie i jasną koszulę. Między nogami trzymał ciemną teczkę, aktówkę. Nie zauważyła jego twarzy. Tylko, że był brunetem. Nie wiedziała, czy go powinna znać jako sąsiada, czy niekoniecznie. Na wszelki wypadek przywitała:

— Dzień dobry!

— Dzień dobry — odpowiedział mężczyzna ochrypłym głosem, nie odwracając głowy.

Pół piętra wyżej natknęła się na jeszcze jednego człowieka. Niespiesznie ruszył w dół, w jej kierunku. Ubrany identycznie jak ten z ochrypłym głosem, tylko bez teczki. I wyższy. Z szerokimi barkami. I nie brunet. Choć też nie bardzo jasny blondyn. Ukłoniła się i jemu, z grzeczności:

— Dzień dobry.

Lecz nieznajomy nie  był grzeczny.

Zastąpił drogę Zosi.

— A dokąd to, panienko? — zapytał z szyderczą miną.

Zimny pot skroplił się na plecach Zosi.

— Ja? Do domu — odpowiedziała, odruchowo robiąc pół kroku do tyłu.

— Do domu, aha. A jak się nazywasz, towarzyszko panienko?

— Ja?

— Tak. Bo mnie zwać można Jurek, a mojego przyjaciela pan Jerzy.

— Już się znamy — potwierdził właściciel ochrypłego głosu.

— Aha. No…

— To jak się nazywasz, towarzyszko? — Jurek podszedł bliżej, zdecydowanie za blisko, zmuszając Zosię oprzeć się o ścianę.

— Zofia — odpowiedziała drżącym głosem. Czując, jak jej dygocą kolana.

— Ale ja o nazwisko pytałem — zaśmiał się Jurek. Rękami oparł się o ścianę, zamykając Zosię w klatce swych ramion.

— Jureczku — odezwał się z dołu pan Jerzy — to jest ta nasza dziunia. Inna tu nie mieszka. Nie musisz o nic pytać. — Mówiąc, posuwał się, stopień za stopniem, coraz wyżej.

— Ale? Ale o co chodzi?

— Nazwisko! — syknął Jurek, kierując strumień oddechu prosto w policzek Zosi.

— Poznańska.

— Janek Poznański; znasz go?

— Znam.

— Mamy sprawę do niego — powiedział spokojnie pan Jerzy.

— Jaką?

— Jest teraz w domu?

— Nie ma.

— A kto jest z domowników?

Tacie w tym tygodniu wypadały popołudnia. Mama wracała z pracy około piętnastej.

— Nie wiem.

— Sama będziesz, dziuniu? — Jurek oblizał się lubieżnie.

— Nie wiem.

— Słyszałeś? Panienka Zosia nas zaprasza na pogaduchy.

— To nie wypada nie skorzystać z zaproszenia — zaśmiał się pan Jerzy.

— O, nie! — jęknęła Zosia, ale zdało się, że nikt jej nie słyszy.

— Prowadź! — rozkazał pan Jerzy.

— Nie, nie mogę. — Zosia popatrzyła na przemian na każdego z mężczyzn. Chciało jej się jednocześnie krzyczeć i płakać. Głośno i bez dźwięku. Żeby sprowadzić pomoc, ale w tajemnicy przed sąsiadami.

— Mamy rozmawiać na klatce schodowej, Zosiu? — cynicznie zapytał pan Jerzy.

Przysunął się bliżej. Tak, że Jurkowi do blokowania Zosi wystarczało już tylko jedno ramię. Napierając dalej, zmusili ją do przesunięcia się do rogu. Osaczali ją całymi sobą, odcinając wszelkie ścieżki ucieczki, mordując nadzieję na ratunek. Potęgując lęk

— Ale o co chodzi? — Zosia ostatnim tchnieniem nadziei spróbowała przemówić napastnikom do sumienia.

Ci jednak umieli być głusi. Profesja tego wymagała.

— Mnie tam wcale nie przeszkadza, że na klatce schodowej — powiedział wysoki Jurek. — Grunt, że fajna dziunia.

— No to zaczynaj mówić. — Jerzy odstawił aktówkę. — Tylko nie za głośno.

Są ludzie, którym nie trzeba powtarzać poleceń. Zwłaszcza gdy robią w pracy to, co lubią. Jurek zwinnym ruchem zatkał buzię Zosi, lewą ręką. Prawą sięgnął między uda. Tak szybko, że zaskoczona dziewczyna nawet nie zdążyła pisnąć.

Poczuwszy silną dłoń obcego pod spódnicą, odruchowo wspięła się na palcach. Ale przed niczym to nie obroniło. Jurek bez najmniejszych ceregieli wziął się za tarmoszenie majtek. Zosia ledwie zdążyła zacząć rozumieć, co się dzieje, a jego palce już grasowały w jej włosach łonowych. Pod bawełną.

— Nie! — krzyknęła całym ciałem. Całym z wyjątkiem gardła i buzi. Te milczały. Tak bardzo się bały krzyczeć.

Intuz wnet wśliznął się między wargi, zaczął rozpychać się tam palcami. Lecz nagle przestał. Jego ręka zastygła nieruchomo.

— To jak? Nie wolisz nas zaprosić? — zapytał szyderczym szeptem. Powoli uwolnił jej buzię z blokującego uścisku.

Zosia próbowała jeszcze wyżej wspiąć się na palce, kurczowo trzymała łokieć napastnika, obiema rękami, próbując się bronić przed brutalnym macaniem. Bezskutecznie.

Nie miała siły ani odwagi pokręcić głową.

— Nadal wolisz rozmawiać tutaj? — Jurek ponowił pytanie, jednocześnie poruszając palcem w jej intymnym miejscu.

— Aha — z przerażeniem w oczach kiwnęła głową.

— Jak chcesz — powiedział Jurek i znienacka złożył mokry pocałunek na lewym policzku Zosi. Z głośnym mlaskiem.

— Nie! — jęknęła Zosia, poczuwszy, jak dłoń napastująca jej łono obróciła się nieco, tak że środkowy palec zaczął się sam zanurzać w jej wnętrze.

— Gotowa — skomentował jej stan napastnik Jurek. I nieoczekiwanie dla Zosi, wyciągnął rękę z majtek.

— Och — odetchnęła z ulgą. Poczuła, jak jej serce pracuje, szybko i mocno jak młot pneumatyczny. Popatrzyła z nadzieją na drugiego z mężczyzn. Starszego, tego, który ma decydujące słowo.

Pan Jerzy nie mówił długo. Widocznie nie był rozrzutny w słowach.

— Na dzisiaj starczy tego dobrego — powiedział do Jurka. — A ty — zwrócił się do Zosi — przekaż temu swojemu, żeby przestał fikać. Jak nie przestanie, to jego dziuni naprawdę może ktoś zrobić krzywdę.

— No — warknął Jurek. — Powiedz frajerowi, że ma nas więcej nie wkurwiać.

***

Za drugim razem Jurek i pan Jerzy zjawili się, kiedy Zosia otworzyła plecak, żeby wyjąć klucze do mieszkania. Przed drzwiami. Zjawili się dosłownie znikąd, to znaczy z wyższego półpiętra, gdzie czekali Bezszelestnie.

— Ale o co chodzi? — Zosia prawie rzuciła się do ucieczki.

Ale nie zbiegła po schodach. Jurek zwinnym susem zastąpił jej drogę.

— Dokąd to, panienko?

— Ja? No… Czego panowie chcą ode mnie? — Głos jej się łamał, kolana trzęsły jak galareta.

— Milicja obywatelska — pan Jerzy machnął niebieskim kartonikiem. Legitymacją służbową. Mógłby machnąć czymkolwiek. Dziewczyna i tak nie był w stanie sprawdzić, czy to prawdziwy dokument. — Pani Zofia Poznańska?

— Tak.

— Proszę otworzyć. Mamy nakaz rewizji.

— Słucham?

— Otwieraj drzwi. Grzecznie — powiedział Jurek, napierając na Zosię tułowiem. — Albo porozmawiamy jak poprzednim razem.

— Daj mi klucze, dziewczynko. — Szef Jurka wyjął je Zosi z ręki. — Dziękuję. — Przekręcił zamek. — Zaraz nam wszystko opowiesz.

— Będziesz śpiewać — dodał Jurek.— Sikoreczko.

Gdy kwadrans później do mieszkania weszła mama nastolatki, Zosia w sypialni rodziców błagała o litość. Leżała na plecach, z ramionami wyciągniętymi za głowę, z nadgarstkami w kurczowym uścisku silnego mężczyzny, powtarzającego warczącym tonem:

— A mogłaś mu powiedzieć, żeby nas nie wkurwiał. Ostrzegaliśmy.

Dowodzący milicjant, pan Jerzy, kończył rozbieranie.

— Jezusie Maryjo! — wrzasnęła pani Helena. — Pomocy!

— Zabierz panią do kuchni. Wytłumacz sytuację — powiedział pan Jerzy najspokojniejszym tonem pod słońcem, stoicko obojętnym. — A my sobie tutaj pogawędzimy, panienko — zwrócił się do Zosi. — Możesz się ubrać.

Jak tylko Jurek z panią Heleną zniknęli za progiem, zamknał drzwi na klamkę i powiedział do Zosi, że zmienił zdanie:

— Wyrucham cię, czy chcesz, czy nie chcesz, Zosieńko. Ale lepiej będzie, jak zechcesz.

— Ale nie trzeba, proszę pana. — Żałowała, że nie powiedziała bratu o poprzednim najściu oprychów. Klasowy kolega, niedawne udane wyjście do kina i plany na kolejne wyjście po piętnastu minutach szarpania w obronie cnoty całkiem uszły z jej głowy.

— Trzeba. I to jeszcze jak trzeba. Bądź grzeczna — rozpiął dopiero co zapięty rozporek — Bądź mądra.

— Ale dlaczego? — Odruchowo zatkała sobie buzię ręką, żeby nie krzyknąć. I nie przywołać krzykiem mamy i drugiego z mężczyzn. Dlaczego się bała mamy?

— Bo chcę i mogę — odpowiedział pan Jerzy ze stoickim spokojem. — Ale możemy iść na pewien układ, Zosieńko. Dla ciebie na pewno tak będzie lepiej.

— Jaki? — W sercu Zosi nagle na nowo zaświtała nadzieja.

— Jak będziesz cicho i grzecznie rozłożysz nogi, zrobimy tak, że wszyscy uwierzą, że do niczego nie doszło. Zgadzasz się, Zosieńko?

— Ale jak?

— Będą myśleć, że byłaś taka rezolutna i sprytna, że mnie zagadałaś i przekonałaś. Że ci się poszczęściło. To zawsze działa. Warunek jest tylko taki, że nie wolno ci ani pisnąć. Rozumiemy się?

Zosia pokiwała głową.

Z przerażeniem w oczach patrzyła, jak milicjant rozbiera się do naga. Wcześniej, kiedy ściągał z niej ubrania, miał jeszcze na sobie koszulę i spodnie. Tyle tylko że rozpięte. Tym razem stanął przed nią z gołym penisem. Zosia, chcąc nie chcąc, porównała z jedynym męskim przyrodzeniem, jakie widziała wcześniej, z penisem brata. Odniosła wrażenie, że członek milicjanta był mniejszy i bardziej wiotki. Ale pan Jerzy, nieświadomy tego porównania, szybko na oczach Zosi, kilkoma ruchami dłoni, kilkakrotnym naciągnięciem skórki, poprawił kondycję członka. Sprawił, że penis wyprężył się, wydłużył odrobinę i przynajmniej wizualnie stwardniał. Jęknęła głucho i wbrew sobie rozsunęła kolana.

Milicjant, nie okazując emocji, położył się obok niej, uniósł jej udo, przylgnął swym owłosionym brzuchem do jej gładkiego brzucha, położył dłoń Zosi sobie na penisie.

— Pomóż — powiedział cicho.

Pomógł sobie sam, palcami rozchyliwszy dolne wargi dziewczyny, śliskie od śluzu. Wszedł, spenetrował, wykorzystał. Bo chciał, i mógł, i wiedział, że nie grożą mu za to żadne konsekwencje. Że mu za to płacą. A Zosia… zgodnie z umową ani nie pisnęła. Nie mogła. Nawet gdyby chciała, struny głosowe odmówiłyby posłuszeństwa.

Tymczasem w kuchni barczysty jarek wytłumaczył pani Helenie, jak się sprawy mają. Że przynosić Rycerza Niepokalanej do zakładu pracy w Polsce ludowej nikomu nie zabroniono i że towarzysz brygadzista Poznański Rafał może nawet rozdawać egzemplarze kolegom i podwładnym, nawet jeśli osobie o jego pochodzeniu — bracia dziadka towarzysza Poznańskiego chyba nie po to się bili w powstaniu 1943 roku, żeby wnuk propagował maryjne zabobony? — to nie przystoi i partia nie pochwala. Ale szkody jakie Ojczyźnie wyrządza syn towarzysza brygadzisty i towarzyszki przedszkolanki nie mogą pozostać bez odpowiedzi.

— Lepiej się, towarzysze, zastanówcie, czy oby na pewno Polska to wasze państwo i wasze miejsce na ziemi. Bo jak na razie to tylko szkodzicie. I jak wy żeście wychowali syna! Na zdrajcę!? Na sługusa szkopskich rewizjonistów? Może jednak gdzieś indziej jest wasze miejsce na ziemi? Pomyślcie, towarzyszko.

Zosia ani pisnęła. Przyjęła gwałt na cicho. Ale i tak przed żadną kompromitacją jej to nie uchroniło. Kiedy już było po wszystkim i razem z milicjantem, ubrana z powrotem, jak gdyby nigdy nic, w szkolną sukienkę, razem z milicjantem weszła do kuchni, Jurek powiedział półgłosem, że następnym razem jest jego kolej. Mama zaś, jak tylko mężczyźni opuścili mieszkanie, poleciła córce:

— Umyj się. Tacie i Jankowi nie powiemy.

Zosia ze łzami w oczach pokiwała głową. Rozpłakała się dopiero w łazience. Nad swym pohańbieniem i bezsilnością.

Wnioski o paszport i zezwolenie na stałe zamieszkanie poza granicami PRL wbrew ogólnej praktyce zostały rozpatrzone bez zwłoki i pozytywnie. Należało tylko zdeponować posiadane dowody osobiste na komendzie milicji właściwej dla miejsca zamieszkania i uiścić stosowną opłatę skarbową.

Nowy rok rodzina Poznańskich witała w Wiedniu. W ekspresowym tempie uczyli się języka i realiów obcego im kraju. Szybko poznali, że Austria nie Ameryka. Basia, o której myślał Janek, idąc ulicą Marchlewskiego, nie miała jeszcze nowego chłopaka, ale nie rozpaczała po stracie. Narzeczony miał się pojawić dopiero rok później. Co najmniej dwie rodziny w mieście X fetowały udany rok: rodzina Sękaczy szczęśliwa z awansu towarzysza zastępcy brygadzisty Sękacza Józefa na brygadzistę — opłaciła się czujność obywatelska — oraz rodzina Cukierskich urządzająca się w nowo przydzielonym, znienacka po ośmiu latach od złożenia wniosku, mieszkaniu spółdzielczym. Ormowcy Jarek i pan Jerzy mieli nowe fuchy. Dobrze im się żyło wtedy, a jeśli nie umarli, wiedzie im się do dzisiaj. Do żadnej zagranicy nigdy nie wyjeżdżali


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz