Zakazany las (2022)



Termodynamika w plecy, techniki cyfrowe w plecy, dwa egzaminy do poprawki w sesji wrześniowej, bez realnych perspektyw, że się uda. Kto nie stanął przed wizją wyrzucenia ze studiów, komu nie spłonęły marzenia, kto nie pojął, że jest idiotą, komu się świat nie zawalił i nie wyczerpały pomysły na przyszłość, na samą siebie, ten nie zrozumie, nie ogarnie rozmiarów klęski i nie dojrzy głębi mojego upadku. Byłam na dnie.

Na szczęście przygarnęła mnie babcia, jak zawsze, gdy miałam kłopoty, albo mi się zdawało, że mam jakieś. Nie ma to jak babcia.

Mówiła: "Co cię nie zabije, to cię wzmocni". "Daj sobie czas. Masz całe wakacje". "Wyśpij się najpierw, odpocznij, pobiegaj. Nabierzesz sił to się pouczysz". "Zrobisz, co dasz radę. O inne rzeczy się nie martw. Jak się uda, to dobrze, jak się nie uda, nie będziesz musiała sobie robić wyrzutów, że coś zaniedbałaś, czegoś nie zrobiłaś". Pocieszała. Dobrze radziła.

Wiele razy powtarzała te same słowa, aż mnie namówiła. Właściwie czytała w moich myślach, więc z przekonaniem mnie do przyjazdu nie był wielki problem. Obładowana książkami, z laptopem i torbą ubrań stawiłam się w jej mieszkaniu na trzecim piętrze. Zajęłam pokój, ten sam, z którego dwadzieścia lat wcześniej wyprowadziła się moja mama. Mój pokój.

Pierwszych kilka dni spędziłam na nicnierobieniu, spaniu i spacerach po miasteczku. Patrzyłam na ludzi, zajrzałam na cmentarz, weszłam do przedsionka kościoła, przypomniałam sobie spowiedzi, do których musiałam przystępować co miesiąc po pierwszej spowiedzi, żeby zebrać podpisy księży w specjalnej tabeli. Do środka nie dało się wejść, ale konfesjonał widziałam przez kratę. Stał w tym samym miejscu co zawsze, odkąd pamiętam. Jego widok dodał mi otuchy, podpowiedział w babcinym stylu, że skoro przeżyłam tamten stres jako dziecko, przeżyję też stres związany ze studiami. Co cię nie zabije, to cię wzmocni — może i jest w tym przysłowiu jakaś kropla prawdy.

Z babcią rozmawiałam w te dni o przeszłości. Przeglądałyśmy zdjęcia, nowe, na których miałam rok, dwa, dziesięć, i stare, na których mnie nie było nawet w planach. Czekałam cierpliwie na sakramentalne pytanie, czy mam już chłopaka. Nie miałam. Babcia na szczęście jest osobą przenikliwą i wyrozumiałą. Domyśliła się, że nie chcę się zwierzać i nie naciskała. Opowiedziała mi o dziadku, kiedy byli młodzi i o sympatiach jej siostry, mojej babci-cioci. Ciekawe historyjki, bez morału.

Tak minął pierwszy tydzień. Dzięki nicnierobieniu i zaraźliwemu spokojowi babci odzyskałam jako taką pogodę ducha i nabrałam dystansu do porażki na studiach. Zaczęłam myśleć o sobie, już nie jako o naukowym głąbie, tylko o osobie. Zrobiłam włosy, wyjęłam z szafy letnią sukienkę. Pierwszy raz po długiej przerwie zadbałam o wygląd. Zachciałam wyglądać przyciągająco, seksownie, poczuć na sobie spojrzenia facetów. Moja psychika wyraźnie wracała do zdrowia, dawała oznaki życia.

Minęło jeszcze parę dni i w końcu zebrałam się na odwagę. Zrobiłam to, co mnie korciło od dzieciństwa, ale nigdy albo nie miałam czasu i okazji, albo się bałam. Poszłam do zakazanego lasu.

Z tyłu głowy słyszałam głos babci: "Nie chodź tam" — jak miałam może dziesięć lat; — "Tam naprawdę straszy" — kiedy kończyłam trzynaście; — "To bardzo niebezpieczne miejsce. Przyciąga podejrzanych ludzi" — po osiemnastce. I "Niech cię Bóg broni chodzić do tego jeziora!"

Poszłam. Dokładnie w południe dotknęłam palcem tafli wody. Dookoła mnie drzewa, głównie sosny, zapach żywicy, połacie leśnych jagód, jeszcze bez owoców, i sitowie porastające brzeg jeziora. Było ciepło, właściwie to żar lał się z nieba i tylko dzięki parasolowi z koron drzew i lekkim powiewom wiatru można się było czuć komfortowo.

Wdrapałam się na skarpę, rozejrzałam ponownie. Nie licząc ptaków i mrówek, byłam sama. Pomyślałam, że to doskonałe miejsce, żeby rozłożyć koc i w spokoju poczytać, pomarzyć, poopalać.

Ruszyłam wzdłuż brzegu w nadziei, że znajdę jakąś nikomu nieznaną plażę, albo choćby miejsce, z którego można wygodnie, to znaczy nie grzęznąc w mule, wejść do wody. Bardzo lubię pływać na przyrodzie.

Zrobiłam dosłownie parę kroków i zobaczyłam, z niemiłym zaskoczeniem, że jednak nie jestem sama. Spomiędzy drzew wyłoniła się jakaś postać, mężczyzna, ociężale powłóczący nogami, przygarbiony. Dzieliła nas spora odległość, ale nie dało się nie zauważyć, że miał na sobie krzykliwie różową marynarkę i słomiany kapelusz. Odniosłam wrażenie, że na mnie patrzy. Miałam dwa wyjścia: zmienić kierunek albo kontynuować spacer prosto w jego stronę. Wybrałam to drugie, żeby udowodnić i jemu, i sobie, że się nie boję.

Bardziej z bliska zobaczyłam jeszcze, że miał siwe włosy, a na nogach spodnie od garnituru nienagannie uprasowane w kancik. Pewnie gdzieś w dziewiętnastym wieku mogły uchodzić za szczyt elegancji i ostatni krzyk mody. Lekko kulał. Uznałam, że to bezdomny. Szedł, czy też kuśtykał, w tym samym kierunku co ja, odwrócony do mnie plecami. Zauważyłam jeszcze rower leżący na ziemi, też co najmniej stuletni.

Podbiegłam. Zawołałam:

— Dzień dobry! Czy to pana rower?

Pamiętam, że się zdziwiłam, że nie czuć nieprzyjemnego zapachu. Bezdomni w mieście zazwyczaj śmierdzą, śmierdzą ich przepocone ubrania. A od tego nieznajomego nie czuć było nic. Może tylko woń lasu.

Musiałam trzy razy powtórzyć pytanie, zanim zareagował. Niejako do kompletu miał jeszcze siwą brodę. Stary był bardzo, ale oczy, błękitne, z dużymi czarnymi źrenicami, porażały żywiołowością, wigorem, młodzieńczym zapałem, ciekawością.

— Mogę panu pomóc?

Zmierzył mnie wzrokiem od kolan do dekoltu i z powrotem, aż mnie ciarki przeszły. Nie spodziewałam się takiego „obcinania” wzrokiem przez stuletniego staruszka.

— Pomóc mnie?

— Tak, to pana rower?

— Mój rower. A jak chcesz ty mi pomóc, dziecko?

Zgarbiony, bezceremonialnie zaglądnął mi pod sukienkę w dekolt. Na usprawiedliwienie mogłam tylko wymyślić, że niedowidzi bez okularów.

— Poprowadzę pana rower. Daleko pan idzie?

— Och, dziecko, daleko, ale dam radę. Tylko by się przydało trochę odpocząć.

— Przyprowadzę pana rower, dobrze?

— Potem, moje dziecko, potem. Niech leży. Nic mu się nie stanie. — Oparł się jedną ręką o drzewo i zaczął zginać nogi w kolanach.

Zrobiłam krok do przodu. Chwyciłam go pod ramię. Pomogłam usiąść.

Chcąc nie chcąc, kucnęłam naprzeciw niego.

— Mieszka pan niedaleko?

— Niedaleko mieszkam, moje dziecko. Dziękuję, że mnie zauważyłaś.

Jeszcze raz przeszył mnie niedowidzącym wzrokiem. Prześwietlił, zeskanował buzię, tułów i nogi. Zmroził gorącym spojrzeniem. Jak nikt nigdy wcześniej, ani nigdy potem. Od tego momentu wiedziałam, czułam, że się pakuję w naprawdę niezłą kabałę. Że ten las naprawdę straszy i ludzie z tego lasu  są naprawdę niebezpieczni.

— Nie ma za co, to ja już pójdę. — Podniosłam się z kucek chyba tak niezgrabnie, jak nie da się nawet wyobrazić.

Nieznajomy dosłownie w mgnieniu oka zamienił się w smutek.

— Nie chciałaś mi pomóc?

— Chciałam.

— Więc pomóż mi, moje dziecko. Usiądź.

Miałam nogi jak z waty, ale kucnęłam z powrotem.

— Jak mogę panu pomóc?

— Porozmawiaj.

Kiwnęłam głową, że się zgadzam i stary bezdomny znowu rozpromieniał. To znaczy jego oczy.

Skrzyżowałam ramiona, żeby się choć tak zasłonić, na co on bez najmniejszego namysłu na głos skomplementował mój wygląd:

— Ładna jesteś, moje dziecko. Podobasz się kolegom.

— Słucham?

— Jesteś zgrabna. Masz blade cycki. Dlaczego je chowasz od słońca?

Zbił mnie z pantałyku. Jedyne, co dałam radę zrobić w odpowiedzi na tę bezczelność, to spojrzeć na niego pytająco. Wysiliłam się, żeby wysłać oczami parę gniewnych gromów, ale dziadek rozbroił je swoją błogą miną.

— Niech zgadnę — odezwał się, fiksując mój wzrok swoimi źrenicami w błękitnej obwolucie. — Grzesiek?

Skąd wiedział? Czytał moje myśli? Ale ja nie myślałam o Grzesiu, przynajmniej nie w tamtek chwili. Szperał mi w pamięci?

Nie wiem, czy potwierdziłam na głos, czy przytaknęłam ruchem głowy. Być może zaprzeczyłam.

Tak czy inaczej, kazał mi usiąść wygodnie obok siebie. Na jego różowej marynarce zamiast koca.

Gdyby to był ktoś młodszy, wpadłabym w panikę, wzięła nogi za pas i uciekła, gdzie pieprz rośnie. Ale bać się niedołężnego dziadka, co ledwie szura nogami? Usiadłam.

I nie wiem, jak to się stało, czy rozmawialiśmy jeszcze, czy wpadłam w trans od razu, w halucynacje, ale pamiętam tyle, że zaraz stanął przede mną Grzesio. Mój Grzesiunio, przyjaciel, wielka miłość w liceum, niewyznana, bez próby stracona, źródło i obiekt marzeń, które pozostały tylko marzeniami.

Grzesio. Dwumetrowy chuderlak. W zielonych szortach i T-shircie z logo NASA. Jakby do zakazanego lasu przybył prosto z wuefu, albo zamiast, na wagary. Przywitał mnie wszystko wiedzącym uśmiechem, oblizał wargi. Kucnął przede mną i powiedział:

— Zrobimy zadanie z trójkąta równobocznego. — Pomógł mi wyprostować nogi i przyjąć pozycję w rozkroku. Kąt w wierzchołku trójkąta musiał wynosić, jak wiadomo, sześćdziesiąt stopni, dokładnie co do minuty i sekundy.

Dłonie Grzesia, bez najmniejszego sprzeciwu z mojej strony, zajęły miejsce nad kolanami, pewne siebie przemieściły się po udach, delikatnie uciskając, pomagały osiągnąć idealny kąt rozwarcia. Osiągnąwszy go, tylko na chwilę przerwały powolny marsz do góry.

— Grzesiu, mam łaskotki — zachichotałam.

— Nigdy mi o nich nie mówiłaś.

— Bo nie pytałeś.

— Teraz też nie pytam.

Zadygotałam, gdy jego palce dotarły do majtek.

Nie wiem, jak to możliwe, ale o bezdomnym, o ramię którego chyba cały czas byłam oparta i o marynarce pełniącej rolę kocyka, nie pamiętałam.

— Grzesiu, a co trzeba policzyć w tym zadaniu? — zapytałam.

— Nic. Trzeba znaleźć kąt pi trzecich rad i go podzielić na dwie równe części.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że zdążyłam już bezwiednie zgiąć kolana, podciągnąć nogi i że się pochyliłam do przodu. Grześ bez skrępowania patrzył pod dekolt.

Nie pierwszy raz. Kiedy w klasie maturalnej przesiadywaliśmy na tapczanie w jego pokoju i, otwierając podręczniki do polskiego na chybił trafił, na zmianę przepytywaliśmy się z barokowych cech listów Sobieskiego czy z tego, kto napisał „Tango”, też go przyłapywałam na oblukiwaniu biustu. Z kobiecą przebiegłością specjalnie wybierałam na te spotkania takie sukienki i bluzki, żeby mógł jak najwięcej podpatrzyć. Im bliżej egzaminu, tym częściej zdarzało mi się zapomnieć stanika. Lecz na nic się zdały przebiegłe podstępy. O ile na początku naszej przyjaźni przeszliśmy fazę częstego przytulania i pocałunków, głównie w policzek, o tyle potem, w ostatniej klasie, Grześ bardzo się starał, żeby broń Boże nie przekroczyć granic przyjaźni, nie poddawał się moim niezdarnym prowokacjom. A ja przez jakąś dziewiczą nieśmiałość bałam się wprost przyznać mu się do uczucia i związanych z nim pragnień.

— Grzesiu, co ty robisz? — spytałam.

— Rozwiązuję zadanie.

Przybliżył się, zaczął całować dookoła ucha. Intensywnie masował mnie przez majtki.

Tymczasem sceneria leśna płynnie przeszła we wnętrze domku kempingowego. Byłam na koloniach letnich. Leżałam na wąskim łóżku. Śmiałam się wniebogłosy. Koleżanka z pokoju i obydwaj koledzy, nasi nieproszeni goście, też mieli wesoło. Trzymali mnie to za ręce, to za nogi, nie pozwalali wstać i poddawali łaskotkom. W ogniu młodzikowej szamotaniny raz po raz dochodziło do zderzeń biustu z nadgarstkami. Miałam czternaście lat i byłam szczęśliwa, że moje kobiece cechy ktoś wreszcie docenił.

W pewnej chwili jeden z chłopaków nie wytrzymał i całą dłonią złapał za pierś. Bezczelnie mnie pomacał. Adam. Kawał łobuza. Chudziutki, niziutki, z pryszczami na twarzy, z wyglądu zupełnie niepozorny, ale w stosunku do dziewczyn najśmielszy śmiałek.

Parę dni później całowałam się z nim po kryjomu. Długo i namiętnie. Namówił mnie do rozpięcia stanika, żeby mu było wygodniej dotykać pod T-shirtem. A w przeddzień wyjazdu, jak nam się udało zamknąć we dwoje w jego pokoju i, leżąc, przytulaliśmy się na pożegnanie, wsunęłam rękę do jego spodenek. Cała w szoku od tego, jak ciepły i sprężysty okazał się członek Adama, powiedziałam, że nigdy nie zapomnę tych kolonii i że nie chce mi się wracać do domu.

Kochałam łobuza na zabój, a jednocześnie wiedziałam doskonale, że to tylko chwilowe zauroczenie, że jak wyjazd się skończy, Adam wróci do swojego miasta, do swoich znajomych, o mnie zapomni i nawet nie przyśle smajlika. Bo to łobuz.

Ale całując się z nim po raz ostatni, nie żałowałam języczka, i tak długo buszowałam ręką w spodenkach, aż członek Adama okazał wdzięczność. Taka byłam odważna. Jak nigdy indziej.

A we śnie na jawie Adam z kolegą, którego imienia już nie pamiętam, łaskotali i macali mnie w moim pokoju. Koleżanka przyklaskiwała ze śmiechem. T-shirt podciągnęli pod szyję. Miseczki stanika od kostiumu do opalania też się przesunęły, tak że chłopacy dostali do rąk moje nagie piersi. Adam zaczął mnie po nich całować.

Ale wnet, nie wiadomo kiedy, odsunął go Grzesio. Już nie pryszczaty chłopaczek, lecz osiemnastoletni przystojniak z LO, prawie student. Włożył rękę w majtki. Zaczął pieścić w najczulszym miejscu. Potem, nie przestając masować, wsunął we mnie palce.

— Och, Grzesiu! Nie przestawaj.

Było mi błogo. Biodra same, bez udziału świadomej woli i mózgu w ogóle, podjęły współpracę z ręką mojego niedoszłego chłopaka.

Otworzyłam oczy. Zobaczyłam nad sobą przyjaźnie uśmiechniętą twarz siwobrodego w słomianym kapeluszu i natychmiast zamknęłam. Nie chciałam przerywać seksualnej wizji.

Dcisnęłam powieki jeszcze mocniej, żeby przywrócić obraz.

Grześ na szczęście nadal dawał mi szczęście, ale geograficznie byliśmy już zupełnie gdzie indziej. I w innej pozie. W Paryżu, na chodniku przed Centrum Pompidou, podczas wycieczki szkolnej w drugiej klasie. Czekaliśmy na resztę grupy schodzącej się powoli na miejsce zbiórki po tak zwanym czasie wolnym.

Grzesio siedział oparty o murek fontanny, ja leżałam plecami na Grzesiu. Z rozchylonymi udami. Delikatnie uciskał łechtaczkę i zwiedzał palcami moje mokre wnętrze.

Drugą rękę wsunął pod T-shirt. Naprawdę tak było. Rozmawialiśmy i w pewnej chwili jego dłoń znalazła się na moim brzuchu. Wysoko, tuż pod stanikiem. Ciepła, duża dłoń. Chciałam, żeby sięgnął wyżej, nikt by nie zauważył, ale Grześ się nie domyślił. Pamiętam, że nauczyciel geografii puścił do mnie oczko. On wiedział, jaki burzliwy sztorm przechodzi właśnie przez moją głowę, ale nie Grześ. Niestety.

Z geografem tańczyłam potem na połowinkach. Fajnie nawet. I na krótki spacer wyszliśmy. Ale to inna historia. Za bardzo byłam wtedy zajęta Grzesiem.

W mojej wizji na marynarce staruszka w zakazanym lesie — przynajmniej tak to pamiętam — geograf pokazał kciukiem „okey”. Następnie, kierując gest do Grzesia, złączył kciuk i palec wskazujący w kółko, i przybliżył do niego palec drugiej dłoni, symbolizując stosunek seksualny. Do mnie się uśmiechnął, lubieżnie śliniąc usta. Teraz to już nie jestem całkiem pewna, co konkretnie zrodziło się w mojej fantazji, a co miało miejsce naprawdę.

W każdym razie Grześ pieścił mnie coraz mocniej, zaczął całować w szyję, drugą rękę nasunął na stanik, prosty, z cienkiego materiału, żaden przebajerowany push-up, i przystąpił do badania piersi. Geograf patrzył bez skrępowania, nawet na chwilę nie odwrócił wzroku. Ja zacisnęłam zęby, z przyjemności, ale też świadoma, że jesteśmy w miejscu publicznym i zachowuję się co najmniej nieprzyzwoicie, i odwzajemniłam uśmiech nauczyciela. Zatopiłam się w jego lubieżnym wzroku, w szerokich czarnych źrenicach pośrodku błękitnych tęczówek.

Usłyszałam cichy szum wiatru, śpiew ptaków, stukanie dzięcioła, poczułam żywiczną woń sosen. Nie otwierając oczu, żeby czar nie prysł, domyśliłam się, że wróciliśmy do lasu.

Czyjeś ręce dotknęły moich ramion. Pokierowały mną, żebym się ułożyła na plecy. Grześ rozebrał mnie z majtek i sandałów. Klęknął między moimi udami.

Po chwili poczułam, jak mnie dotyka członkiem, jak nim kreśli linie tam, gdzie przed chwilą zanurzały się jego palce.

— Czy to tak się dzieli kąt na połowy? — zapytałam, siląc się na dowcip.

Kiedyś dawno temu na geometrii do dzielenia odcinków i kątów używało się cyrkla z ołówkiem, zakreślało łuki.

— Nie, Madziu.

— Nie?

— Tak się posuwa dziewczynę.

Wszedł we mnie. Głęboko. Tak, jak o tym marzyłam. Posuwał.

Szybko, mocno, bez oglądania się na okoliczności i konsekwencje. Parł do celu jak rozpędzony parowóz. Do orgazmu. Swojego. Wziął mnie. Nareszcie.

Kiedy po nie wiadomo jak długim czasie otworzyłam oczy, leżałam na plecach, na różowej marynarce. Kompletnie ubrana, w sandałach. Nieznajomy staruszek głaskał mnie po włosach.

— Czy miałaś ładny sen, moje dziecko? — zapytał ciepłym głosem.

— Aha. — Nie wypadało powiedzieć nieprawdy.

— To dobrze. Mnie też miło się zdrzemnęło.

— Czy... — Trudno mi było zebrać myśli w zwięzłe pytanie. — Czy coś mówiłam przez sen?

— O, bardzo dużo mówiłaś, moje dziecko — Uśmiechnął się, jak by wiedział wszystko, albo i więcej. — Ale tutaj nie ma nikogo, nikt nic nie słyszał.

— A pan?

— Bardzo ładna jesteś. — Nie odpowiedział. — Masz dobre serce. Zobaczyłaś człowieka w potrzebie i podeszłaś do niego z pomocą.

Wzruszyłam ramionami. To przecież normalne. Ludzki odruch, nic więcej.

A dziadek, jakby słysząc moje myśli, co mnie już ani trochę nie dziwi, dodał, że wszyscy inni, widząc go, odwracają się w drugą stronę. Uciekają od słabego, starego, chorego.

Jeszcze raz wzruszyłam ramionami.

— Przyjdź jeszcze — powiedział.

— Nie wiem, czy dam radę.

— Przyjdź, moje dziecko. Wiem, że babcie i mamy zabraniają ładnym dziewczętom tutatj chodzić. Ale ty przyjdź. Na pewno coś ci jeszcze pokażę.

— Ty?

— Ja. I ty mnie pokażesz. Przyjdź, moje dziecko. Przyjdź. Przyjdziesz?

— Nie wiem.

Tak nam się ciągnął ten pożegnalny dialog jeszcze kilka minut. Aż dziadek powiedział:

— Jesteśmy ludźmi i musimy sobie pomagać. Przyjdziesz, prawda, moje dziecko?

— Przyjdę.

Obiecałam i dotrzymałam słowa.

A babcia po kilku moich dłuższych zniknięciach od rana do popołudnia domyśliła się, dokąd chadzam.

— Teraz już wierzysz, że tam straszy? — zapytała, ze zrozumieniem mrużąc oczy.

— Straszy i to bardzo.

Egzaminów we wrześniu nie poprawiłam. Zmieniłam studia. Poszłam na historię. Na kierunek, o którym Grześ twierdził, że żeby się na iego dostać wystarczy być głąbem, a żeby skończyć, to i tego nie trzeba.

Tak się dziwnie składa, że siwy staruszek w słomianym kapeluszu i różowej marynarce studiował właśnie historię.

— Ale dla ładnej dziewczyny mogę być kimkolwiek — powiedział ze śmiechem. — Byłem już fizykiem i geografem. Mogę być strażakiem, i strachem na wróble, żołnierzem, a nawet wilkołakiem. Spełniam każde marzenia. A ty, moje dziecko, przyjdź jeszcze.

Przyjdę na pewno.

***

 

Z Darkiem łączyło mnie coś niepoddającego się jednoznacznemu określeniu. Przynajmniej ja nie umiem tego nazwać. Starszy ode mnie o cztery lata, sąsiad z tej samej klatki w bloku, trochę kolega, trochę przyjaciel, trochę chłopak, a do tego dziwak. Bo kto, jak nie dziwak, pójdzie studiować na KUL-u, do tego jeszcze historię? Ale lubiłam go, momentami byłam w nim zakochana. Teraz już nie. Ten etap życia, kiedy Darek był dla mnie ważny, mam już dawno za sobą.

Właściwie po jego wyjeździe na studia szybko przestaliśmy utrzymywać regularny kontakt. Spotykaliśmy się tylko w czasie ferii, świąt i wakacji. Oddaliliśmy się od siebie, a jego miejsce w moim układzie współrzędnych szybko zajął Grzesio poznany w liceum. Z czasem Darek zupełnie wyparował z moich myśli. Ale, jak się okazało, nie na zawsze. Wrócił podczas jednego ze spacerów do zakazanego lasu.

Przez pierwszych kilka seansów... W tym miejscu wypada podać, że czarodziej — nie wiem, jak inaczej nazwać tego mojego nieznajomego staruszka znad jeziora — zawsze pojawiał się punktualnie o dwunastej, zawsze w tym samym miejscu i zawsze z rowerem i tak samo ubrany jak za pierwszym razem, w kapelusz ze słomy, różową marynarkę i staromodne spodnie. Zawsze siadaliśmy pod tym samym drzewem. Rozmawialiśmy chwilę i tak sobie gawędząc, odpływałam w inny wymiar, zupełnie nieświadoma jak i kiedy.

Tak więc w trakcie pierwszych seansów u leśnego czarodzieja odgrywały się te same zdarzenia co za pierwszym razem, jak film, prawie te same obrazy, głosy i emocje, ci sami bohaterowie, ten sam seks z Grzesiem na zakończenie. Jednak za którymś razem zaszła zmiana.

Znalazłam się w swoim pokoju. Przykucnęłam przed komodą, na której stało akwarium i od dołu patrzyłam, jak się prezentują nowe roślinki i rybki — prezent od Darka. Darczyńca stał za mną, lub nade mną, zależy jak patrzeć. Mówił coś, że gupiki się łatwo mnożą, zwłaszcza gdy mają dużo zarośli, w które się mogą chować i bez skrępowania kopulować. Byliśmy sami w mieszkaniu. Nikt z rodziców nie mógł usłyszeć tych mądrości, a ja słuchałam i chichotałam półgłosem.

Mieliśmy początek wakacji, po których ja szłam do siódmej klasy, Darek do trzeciej liceum. To było niedługo przed moim wyjazdem na kolonie.

Położył dłonie na moich ramionach. Pamiętam, że wzdrygnęłam, bo nie spodziewałam się dotyku, ale przyjęłam to ze spokojem. Darek zamilkł na chwilę, ale wnet znów zaczął opowiadać. O rybkach. Takie miał hobby. Znał się na tym. Imponował mi wiedzą i pasją. Mogłabym go słuchać godzinami. Tym razem jednak nie ograniczył się do opowiadania. Zaczął delikatnie masować mnie po ramionach.

Struchlałam, ale ani drgnęłam. Nie słyszałam już jednak jego słów. Cała uwaga, cała świadomość skupiła się na ramionach. Burza pytań: co się dzieje, co się stanie z ramiączkami sukienki i stanika, czy już powinnam się zacząć wstydzić, czy mogę na to pozwalać?

Nie wyraziłam sprzeciwu. Nie powiedziałam też, że dotykanie ramion, i szyi, sprawiło mi radość. Trochę łaskotało, bardzo przyjemnie. I stanowiło dowód sympatii, namacalny znak, że Darek mnie lubił. Lubił bardziej niż inni.

W końcu przestał mnie głaskać i nastała cisza. Chwila wyczekiwania na to, co powie lub zrobi drugie z nas. Ale ani ja, ani Darek, nie kwapiliśmy się do tego. Czułam, że od kucania zdrętwiały mi nogi.

— Całowałaś się już z jakimś kolegą? — zapytał. Głos mu się łamał, jak mówił to zdanie.

A ja musiałam jak najszybciej wyprostować nogi. Wstałam. Powzdychałam głośno. Poprawiłam sukienkę, żeby dobrze na mnie leżała.

Darek chyba się wystraszył, że nie odpowiadam i przeprosił za złą ciekawość.

— Jeszcze nie miałam okazji. — To głupie i dziecinne, ale było mi wstyd, że nie mogę się pochwalić żadnym doświadczeniem.

Zaraz jednak reakcja Darka uwolniła mnie od kłopotliwych myśli.

— Ja też nie — powiedział. I popatrzył na mnie tak tęsknym wzrokiem, że aż na chwilę zrobiło mi się go żal.

— Nie całowałeś się jeszcze z żadną dziewczyną?

— Nie. Ciekawe, czy mógłbym się z tobą pocałować.

To było takie zwyczajne, tak mało oryginalne, tak bardzo romansidłowe, że aż trudno uwierzyć. A jednak. Odegraliśmy scenę z podrzędnego serialu.

— Chcesz?

— Bardzo.

— Okey.

Zrobiliśmy to jak na filmach. Otworzyłam szeroko buzię i przywarłam do Darka jak ssawka. Zaczęliśmy się zjadać nawzajem wargami. Stałam na palcach, z głową zadartą do góry, żeby dosięgnąć do jego buzi i całowałam się pierwszy raz w życiu. Starałam się robić to jak najlepiej, jak najbardziej namiętnie.

— Może być? — zapytałam, udając, że nie wiem.

— Bardzo! — Mój starszy sąsiad był szczerze zadowolony.

Ja także.

A przemyślawszy sprawę, oboje się wystraszyliśmy tego pocałunku. Przez pół roku udawaliśmy, że się nic nie stało. Dopiero około Sylwestra Darek nieśmiało zasugerował, żeby powtórzyć. Na tyle nieprzekonywająco, że się nie zgodziłam. Na drugi pocałunek ode mnie przyszło mu czekać do następnego Bożego Narodzenia.

Ale to nie znaczy, że w międzyczasie z nikim się nie całowałam. Wręcz przeciwnie. Doświadczenie — jednorazowe, ale jednak — zdobyte z Darkiem przydało mi się na koloniach. Łobuziak Adam mógłby potwierdzić. Ciekawe, czy mnie jeszcze pamięta.

W magicznej wizji zastąpił Darka. W momencie przejścia z pokoju w moim mieszkaniu do dwuosobowego pokoju chłopaków na koloniach usłyszałam tylko szept czarodzieja połączony z lekkim drapaniem brodą:

— Oprzyj się o mnie wygodnie, moje dziecko.

Nie otwierałam oczu, żeby nie przerywać marzenia. Nawet kiedy poczułam, albo mi się zdało, dłoń wsuwającą się pod miseczkę stanika. Wolałam jeszcze raz powspominać pożegnalne pieszczoty z Adamem.

Ponownie mogłam się przyjrzeć jego buzi z pryszczami, w pełnym napięciu, przejętej tym, co robimy, maksymalnie zaangażowanej, myślącej intensywnie, jak podczas gry w szachy, kiedy zostało się z królem i wieżą, a przeciwnik ma jeszcze pionki i hetmana, i mimo nierównych sił widzi się szansę na zwycięstwo. Tylko nie wolno się pomylić.

Patrzyłam, jak kombinuje, żeby mnie rozebrać. Jak walczy z myślami, od czego zacząć i w którym momencie, żeby mnie nie spłoszyć. Czekałam, aż się odważy odsunąć ramiączko sukienki. I dla zachęty, całując się z nim, musnęłam jego wargę językiem. Potem, nie mogąc powstrzymać ciekawości, wsunęłam dłoń tam, gdzie żadna dziewczyna jeszcze dłoni nie wsuwała. Można powiedzieć, że dosłownie wzięłam sprawy w swoje ręce. Skutecznie.

I w tym momencie trans znowu zelżał. Poczułam wyraźnie miętoszenie biustu, obiema rękami. Nie miałam już wątpliwości, że czarodziej się mną podnieca. A niech mu tam — pomyślałam — na zdrowie. Dla niego mruknęłam jak kotka głaskana po grzbiecie.

W miejsce Adama, jak innymi razy, pojawił się Grzesio, ale tylko na chwilę, bo moja pamięć miała jeszcze sprawę do Darka. Od Grzesia usłyszałam tylko kpiącą uwagę, że tylko skończony truteń może studiować historię i znów znalazłam się w moim pokoju przed akwarium.

Za mną stał Darek. Trzymał mnie za biodra. Delikatnie oparł mnie o siebie. Nieoczekiwanie poczułam nad pupą punktowy nacisk czegoś twardego. W mgnieniu oka ogarnęła mnie myśl, że mu stanął. Myśl elektryzująca.

Otarłam się o niego. Darek nie przestał się do mnie przyciskać. Staliśmy tak w milczeniu przez długą chwilę, wsłuchując się w nasze oddechy.

— Muszę ci coś powiedzieć, Magduś — odezwał się w końcu, dziwnie niepewnym głosem.

Wystraszyłam się, że zamierza wyznać miłość i poprosić, żebyśmy zostali parą, oficjalnie, z poinformowaniem znajomych i rodziców. Zdecydowanie na taki ruch nie byłam na to gotowa.

Powiedział, że na studniówkę zaprosił jakąś koleżankę, której nie znam.

Z jednej strony ulga, że moje obawy się nie spełniły, z drugiej uczucie zawodu i wściekłość: jak to, inna?

— No, wiesz, rozumiesz — zaczął się tłumaczyć.

Jasne, że wiedziałam i rozumiałam. Studniówka jest dla licealistów, nie dla małolat z podstawówki.

Otarłam się o wybrzuszenie jeszcze mocniej. Pokręciłam biodrami. Odruchowo lekko wypięłam pupę, żeby czuć jak najmocniej. Darek też dołożył starań. Twardy punkt przesunął się w dół pośladków, zaczął się wciskać między nie, pulsująco.

— Ale zatańczysz kiedyś ze mną? — zapytałam nieśmiało.

— Mam nadzieję — odpowiedział, trąc o mnie jeszcze śmielej. — Chcesz teraz?

— Chcę.

Podeszliśmy do biurka. Wspólnie wybraliśmy w notebooku odpowiednią melodię, właściwie to on wybrał, stojąc za mną, ocierając się o moją pupę i kierując moją ręką. Wolny walc Cohena.

Zarzuciłam mu ręce na szyję. Zaczęliśmy pląsać. W bliskim trzymaniu. Ręce na pośladkach. Znowu czując się nawzajem. Intymnie.

W połowie piosenki Darek zaczął masować mnie po piersi. W milczeniu. Raczej nie był zaskoczony brakiem stanika.

Odskoczyłam od niego dopiero po trzecim tańcu, kiedy spróbował mnie pocałować.

Byłam już tak naelektryzowana, że po namiętnym pocałunku wyłączyłabym wszystkie zahamowania, nie odmówiła sobie i jemu niczego. Było niebezpiecznie, w języku piłkarskim wręcz podbramkowo. Ale miałam na szczęście wystarczająco oleju w głowie, żeby wiedzieć, że jak dojdzie do seksu, to potem będę żałować. Jak nie dojdzie, też będę, tylko mniej.

— Przepraszam — szepnął.

— Nie ma za co. — Musiałam się uśmiechnąć. Chciałam przecież się z nim przelizać, tylko się bałam.

Darek, myślę, że też.

Powiedziałam, że dobrze tańczy.

— Ty też, Magduś.

I zagonił mnie do biurka. W tamtym czasie pomagał mi w przygotowaniach do egzaminu ósmoklasisty. Humanista. Aż się prosiło, żeby posprawdzał mój polski. Dobry był pretekst do spotkań po lekcjach.

Po półgodzinie, stojąc nade mną z tyłu, wolnym ruchem odchylił sukienkę i zajrzał w dekolt. Zadarłam głowę, żeby zobaczyć, jaką ma minę.

— Sprawdzasz, czy nic nie brakuje? — Zaśmiałam się. — Dzisiaj już chyba sprawdziłeś.

— No.

— I jak?

— Przepraszam, Magduś. Zbyt ładna jesteś. Nie umiem się powstrzymać.

— Przecież się nie gniewam.

— Ale nie powinienem.

— Ale mnie lubisz?

— Lubię. I to bardzo.

— Ja też cię lubię.

W tym momencie, jakby na przebudzenie, znów usłyszałam drwinę Grzesia:

— Jakim trzeba być dzbanem, żeby iść na historię?

Dopiero w transie doszło do mnie, że pomimo naszej wielkiej przyjaźni nie powinien tak mówić, nie tylko o moim znajomym, nawet jeśli udawał, że to uwaga ogólna, abstrakcyjna i nie pod niczyim adresem, ale o nikim. I że nagrywając się z mojego przyjaciela, wyrażał się niepochlebnie także o mnie. Bo to, w kim lokuje uczucia, z kim lubię przebywać i rozmawiać — o pocałunkach i innym wzajemnym kuszeniu Grzesiowi nigdy nie mówiłam, żeby nie ryzykować zazdrości — świadczy też o mnie. W końcu zrozumiałam, na to wychodziło, że w jego oczach jestem przyjaciółką głąba i dzbana. Więc sama jestem nie najmądrzejszą. Nic dziwnego, że się o mnie nie starał. Kolegował się, bo tak było łatwo. Być może podobałam mu się trochę, ale nie na tyle, żeby we mnie lokować uczucia, nie tak bardzo, żeby się chciał wiązać. Ani nawet przelecieć.

Tak to zrozumienie czasami przychodzi powoli i poniewczasie. Och, Grzesiu, Grzesiuńku!

— Darku, z tą koleżanką, co byłeś na studniówce... — wróciłam do drażliwego tematu innym razem, po moim balu na zakończenie szkoły.

— Co się stało?

— Miałeś z nią seks?

— Miałem.

Tego się obawiałam. Usłyszałam, czego nie chciałam usłyszeć i musiałam jakoś z tego wybrnąć. Udać, że mi nie zależy. Że nie jestem zazdrosną.

— Okej. Przed studniówką też?

— Tak.

— Wtedy, jak mi powiedziałeś, że ją zaprosiłeś, wtedy już?

— Nie, wtedy jeszcze nie.

— A więc to twoja dziewczyna?

— Chyba tak.

— Jak to? Nie jesteś pewien?

— Magduś, to było tylko pięć razy.

Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Lubiłam Darka i byłam naturalnie zazdrosna. Podobałam mu się, co do tego nie było wątpliwości. Ale tamta, starsza ode mnie, dziewczyna też nie była mu obojętną. Darek uprawiał seks z nią, nie ze mną.

Zapadła niezręczna cisza.

— Wolałbyś mieć inną dziewczynę? — To pytanie samo wyskoczyło ze mnie. Jakbym nie ja je wymyśliła. Jakby ktoś włożył mi je do głowy.

— Magduś, ja więcej czasu spędzam u ciebie niż u niej. Jak myślisz dlaczego?

— Nie wiem. — Wzruszyłam ramionami. — Ty też jesteś moim najlepszym kolegą.

— Mogę cię pocałować?

— Możesz.

Między pierwszym a drugim buziakiem, soczystym, namiętnym, bo wyczekiwanym od dawna, zdjęłam bluzkę. Darek nawet okiem nie mrugnął. W ogóle się nie zdziwił. Zaczął mnie masować po piersi.

Nie wiem już, po tych wszystkich snach na jawie i leśnych transach, czy to się zdarzyło naprawdę. Ale wspomnienie przyprawia mnie o ciarki. Na pewno się go nie wyrzeknę.

Miedzy drugim a trzecim pocałunkiem usiedliśmy na łóżku. Oparłam się o ramię Darka i znowu złączyliśmy usta. Potem całowanie przeniosło się na moją szyję, obojczyki i niżej, na piersi. Darek ssał i ssał sutki, lizał językiem i mokrymi, silnymi wargami, ssał, konsumował. Potem znowu pocałowaliśmy się w usta.

Podobało mi się, robiłam się mokra, nie tylko między nogami od podniecenia i nie tylko na biuście od śliny chłopaka, także na plecach, na czole, wszędzie, od potu. Tak bardzo mi było gorąco. Jednocześnie czułam się z tym nieswojo. Jakbym nie pieściła się tylko z Darkiem, ale jednocześnie, niejako w tle, z jego dziewczyną.

Położył mnie na plecy. A może sama się położyłam, nieświadomie. Przyssał się do brzucha pod pępkiem, dłonią przykrył krocze. Nacisnął. Zatoczył koło.

— Darek, nie! — poprosiłam cicho.

Zatoczył jeszcze jedno koło, i jeszcze jedno. Czuł, że się topię, jak lawa w wulkanie.

Przesunął głowę wyżej. Spróbował pocałować w usta, ale się odwróciłam i zaczął całować mnie pod uchem i po policzku. Ani na chwilę nie przestał masować. Ruchy koliste przeszły w podłużne.

Jeszcze raz poprosiłam, żeby przestał. Znowu bez skutku. Masował, masował, aż przestałam prosić. Zrobił, co chciał, przez szorty, i skończył, kiedy sam uznał, że mnie dopieścił.

Było mi fajnie, a potem głupio.

Tak bardzo, że przestałam odpowiadać na wiadomości od Darka i bez słowa wyjaśnienia przestałam się z nim spotykać. Kiedy dzwonił do drzwi, udawałam, że w mieszkaniu nikogo nie ma.

— Dureń! — zakpił Grzesio.

— Masz rację — pokiwałam głową i się na wpół obudziłam.

Leniwie otworzyłam oczy i najpierw nie zrozumiałam, co widzę. Dopiero po paru mrugnięciach doszło do mnie, że czarodziej właśnie zaliczał młodą dziewczynę. Stękał cicho, miarowo ruszając się w jej wnętrzu. Tą dziewczyną byłam ja.

— Musimy sobie pomagać, moje dziecko — szepnął. — Bardzo mi dzisiaj pomogłaś.

Nie miałam sumienia, przeszkodzić mu skończyć.

W taki sposób w wieku dwudziestu dwóch lat stałam się kobietą. Czarodziej to zrobił.

***

Wizja na ostatnim spotkaniu z czarodziejem była zupełnie inna, niż się zdążyłam przyzwyczaić. Niezwiązana z moim realnym życiem, nie wynikała ze wspomnień i mniej lub bardziej uświadomionych pragnień i fantazji, surrealistyczna. Ale zanim ją opiszę, tak, jak ją teraz pamiętam, muszę powiedzieć parę słów o innym nowym znajomym i spacerze do zakazanego lasu w przeddzień tego z nietypową wizją.

Otóż pod koniec pobytu, w ostatnim tygodniu sierpnia, poznałam chłopaka w moim wieku, wnuka koleżanki babci. Zostaliśmy sobie przedstawieni. Jeszcze jeden student historii, z tym że na normalnej uczelni. Aż parskłam śmiechem, jak to usłyszałam.

Opowiedział mi o swojej nieszczęśliwej miłości. Chodził chyba z pięć lat za dziewczyną i nie zdobył uznania. Chodził za nią w sensie dosłownym. Śledził ją w drodze ze szkoły do domu, krążył wokół jej bloku w nadziei, że zobaczy ją wychodzącą z klatki i zobaczy, dokąd chodzi po południu i z kim, do jakich sklepów, kogo odwiedza, oglądał jej zdjęcia i wpisy w mediach społecznościowych, gdzie mógł stawiał lajki, ale niczego nie komentował i nigdy nie wysyłał wiadomości prywatnych. Obserwował z daleka przez internet i z bliska, z odległości trzech kroków. Stalkował.

— Chodziliście do tej samej klasy? — spytałam.

— Do równoległych, i w podstawówce, i w liceum.

— Mogłeś zaprosić ją do kina.

— Nie przyszło mi to do głowy. I nie miałbym tyle odwagi.

— Bałeś się jej?

— Nie.

— To czego się bałeś?

— Nie wiem. Mojej własnej nieśmiałości. Że się będzie śmiała. No i skąd miałbym wiedzieć, że jej się podobam? Raczej by nigdzie ze mną nie poszła.

— A zdarzyło się, że się śmiała z ciebie?

— Tak. — Powiedział, że idąc kiedyś z koleżanką, parę razy się odwróciła i zachichotała. Czasami odwracały się obie.

Kiedy indziej usiadła na kolanach kolegi z klasy, jakoby specjalnie tak, żeby Irek widział i cierpiał. Na komersie tańczyła z różnymi chłopakami i śmiała się do rozpuku zamiast patrzeć tęsknym wzrokiem na Irka.

— Dlaczego nie poprosiłeś jej do tańca?

— Na pewno by odmówiła.

— Masturbowałeś się z myślą o niej?

— Tak — odpowiedział zmieszany. Czerwony jak barszcz, nie tylko na policzkach ale też na szyi i uszach. — Do tej pory jeszcze o niej myślę. Czasami.

O moich chłopaków się nie zapytał. Powiedziałam więc z własnej inicjatywy, że też jestem dziewicą. Bo przecież, nie licząc czarodzieja, z nikim nie miałam seksu. Irek od razu się uśmiechnął.

Wtedy zrodził się pomysł, żeby wziąć go na spacer do lasu.

— Tam przecież nikt nie chodzi! — zdziwił się co niemiara.

— Ja chodzę. Tylko się jeszcze nie odważyłam popływać.

— Też bym się nie odważył.

— A we dwoje?

— Nie wiem. Tam chyba nie można pływać.

— Nie jest zabronione. Ale opalać się można na pewno. Wypróbowane.

Kombinowałam sobie, że jak do akcji wkroczy czarodziej, Irek w pięć minut zapomni o lękach i z powodzeniem zaliczy i tamtą niedościgłą miłość z przeszłości, i realną dziewczynę z krwi i kości. Byłam gotowa zrobić dobry uczynek.

Przyszliśmy na miejsce już przed południem, ale czarodziej ani o dwunastej jak zawsze, ani o pierwszej, ani o drugiej, w ogóle się nie pojawił. Ani jego kapelusz, marynarka, spodnie, rower... Musiałam opalać się z Irkiem sama.

I nic więcej niż opalać. Cały czas w kompletnym bikini. Mimo że w szortach Irka, jak na moje, co prawda niezbyt wprawne, oko, było ciasno.

Za to następnego dnia, jak przyszłam bez towarzystwa, czarodziej zjawił się punktualnie.

— Dzień dobry, moje dziecko! Dawno cię nie widziałem. — Przywitał się wesoło jak nigdy. I wcale nie był zgarbiony. Nie sprawiał wrażenia niedołężnego, potrzebującego pomocy. Zwykły uśmiechnięty staruszek w nieco niezwykłym outficie. — Usiądziesz ze mną na chwilkę?

Już chciałam zapytać, dlaczego go nie spotkałam dzień wcześniej, jak mnie ubiegł, rozkładając marynarkę na trawie:

— Udała się randka?

— Jaka randka? — udałam, że nie rozumiem.

— Czuję męskie fluidy — odpowiedział, wykrzywiając buzię w dziwnym grymasie niezadowolenia. — Ktoś pożądliwy zostawił na tobie silne ślady.

— Skąd pan wie, że pożądliwy?

— Oprzyj się, moje dziecko, wygodnie, to spróbuję wyjaśnić. Tylko pokaż mi się w takim samym stroju, jak on cię oglądał.

Zaśmiałam się i spełniłam wymaganie staruszka. Oblizał się na widok bikini w salamandry.

— Taką mnie widział.

— Więc to była randka.

— Niekoniecznie.

Czarodziej nie odpowiedział.  Tylko wskazał mi miejsce obok siebie i jak przykucnęłam, objął mnie ramieniem i delikatnie sczesał włosy z czoła za uszy.

— Jesteś taka piękna, moje dziecko!

Na tym zdaniu urwał się mój kontakt ze światem realnym. Błyskawicznie przeniosłam się na nieznaną wyspę z piaszczystym brzegiem i gajem palmowym.

Przez chwilę byłam sama. Jak to na bezludnej wyspie. Zobaczyłam, że jestem ubrana jedynie w przepaskę z liści na biodrach. Siedziałam na czymś miękkim, wygodnym, w cieniu.

Pomyślałam o Irku. O jego sztywnym przyrodzeniu wypychającym z szortów namiot. Jak się na mnie patrzy, na nogi i pępek, i nie może przełknąć śliny, bo tak mocno ściska go coś w gardle. Patrzy, pragnie, ale nic nie zrobi, żeby pragnienie stało się realnością. Nic, ani się nie odezwie, ani nie dotknie.

Zaczęłam się gładzić po piersi i pod przepaską. Tak, jak on mógłby mnie popieścić, gdyby miał odrobinę odwagi. Wyobraziłam sobie, że biorę w dłoń jego męską część. Obejmuję, zaczynam masować. On w zamian otwiera mnie opuszkami palców.

Wtem słyszę szelest. Jakby się ktoś skradał. Ktoś albo coś. Rozglądam się. Niczego nie widzę. Zamieniam się w słuch.

Znów szelest. Ciche kroki. Zrywam się na równe nogi. Uciekam.

Uciekam, pędzę, gnam. Boję się. Nie wiem czego, ale się boję. Wiem, że powinnam.

Kroki na piasku stają się coraz głośniejsze. Jest coraz bliżej. Słyszę, jak dyszy. Zaraz mnie dopadnie.

Odwracam głowę. Potykam się. Upadam. On na mnie.

Ciężki jest. Duży. Łapie mnie za biodra. Wciska się nogami między moje uda. Nie widzę go, bo leżę na brzuchu. Czuje tylko, że cały pokryty jest włosami, sierścią. I ma mokrego fiuta. Podnosi mnie za biodra, zmusza do klęknięcia w szerokim rozkroku z jednoczesnym wypięciem pupy. Opieram się na kolanach i przedramionach, poza tym wiszę na jego silnych łapach jak na haku. Fiut napiera na moją kobiecość. A wszystko to dzieje się tak szybko, że nie mam kiedy nawet jęknąć.

— Mam cię! — dyszy chropowatym głosem.

— Czego chcesz?

— Ciebie.

— Puść mnie!

— Nie puszczę.

— Nawet cię nie znam. Nie mogę.

— Nie szkodzi.

Nie przestając się o mnie ocierać sprężystym mokradłem, liże mnie po karku. Chropowaty jęzor sunie po mojej szyi, zakrywa policzek, dociera do kącika ust. Podobnie jak penis włochatego napastnika jest ogromy. I mokry.

Penetruje moją buzię. Oblizuje wargi od środka. Jest tak długi, że inna jego część nadal obślinia mnie po ramieniu. Nie jestem w stanie wydobyć z siebie ani pół słowa. Przegrałam. W sprawie mojego ciała nie mam już nic do gadania. Kto inny rządzi.

Penetruje buzię, głęboko, do podniebienia. Penetruje na dole. Sapie głośno. Jak pies na suce. Boli. Poddaję się. Omdlewam.

Gdy jest już po wszystkim, budzę się. Najpierw czuję coś ciepłego na boku. Jakąś puchową poduszkę. Potem mizianie pod biustem. Otwieram oczy. Patrzę z niedowierzaniem: leżę przytulona do wilka. Do wilka z tułowiem i kończynami podobnymi do ludzkich, z tą tylko różnicą, że pokrytymi sierścią. Wilk łypie wielkim okiem i mizia mnie jęzorem. Łapą przykrywa moją kobiecość jak kołdrą.

— To nie może być prawda — szepnęłam.

— A jednak.

Otworzyłam oczy jeszcze raz.

Leżałam obok czarodzieja. Naga, tylko na biodrach przykryta bluzką. Czarodziej wodził nosem po moim sutku.

— To nie może być prawda.

— A jednak, moje dziecko.

— Jak pan to robi? — Miałam na myśli wprowadzanie w sen, trans, w ten stan półświadomości, kiedy można zrobić z człowiekiem, co się żywnie podoba.

— Normalnie, jak mężczyzna.

— Często pan zalicza kobiety?

— Raz na rok się zawsze jakąś pociupcia. Czasami więcej niż jedną.

— Ile ma pan lat?

— Miałem siedemdziesiąt, jak mnie zwabiła do wody. To było — musiał się chwilę zastanowić — za Bieruta, też jakieś siemdziesiąt lat temu.

— Jak to zwabiła? Kto?

— A to znasz? Jakiż to chłopiec piękny i młody? Jaka to obok dziewica? Brzegami sinej Świtezi wody idą przy świetle księżyca. — zarecytował pierwszy wers ballady Mickiewicza.

— Znam. I: Methinks, I see… Where? In my mind's eyes, też znam. I: Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko. Grzesio tak mnie męczył Romantyzmem przed maturą, że do tej pory pamiętam.

— Więc wiesz już wszystko.

— Ale jak to? Proszę pana, nie rozumiem.

— Pomyśl, moje dziecko. To jezioro nazywa się Świteź.

— Ale...

— Ale ćśś. — Przyłożył mi palec do ust. — To moje ostatnie przyjście. Jutro ona zwabi Ireneusza i nastanie jego sezon. Ćśś, moje dziecko, daj jeszcze staremu poruchać.

Byłam w szoku. Jak to? Czyżby w szkole uczyli nas prawdy? Wieszcz nie zmyślał? Irek miał się utopić? Ale dlaczego, po co?

Jeszcze raz urwał mi się film, mimo że nie piłam. Jeszcze raz na bezludnej wyspie zgwałcił mnie wilkołak. A po nim wzięli mnie Grzesio, Darek, Adam, psor od geografii i Irek, po kolei, i jeszcze pan od fizyki, instruktor tańca, młody pracownik sklepu rowerowego i lekarz dyżurny w przychodni zdrowia, do którego trafiłam po użądleniu przez pszczołę w jakieś święto, i kolega brata ciotecznego, brat koleżanki i asystent prowadzący pracownię z podstaw fizyki na pierwszym roku, każdy, o kim mi się zdarzyło pomyśleć erotycznie więcej niż dwa razy.

Wszystkiemu temu z oddali przyglądała się babcia. Uśmiechała się, jak to ona, wszystkowiedząco.

Orgię dokończył czarodziej, sapiąc jak parowóz.

Ledwie żywy wyszeptał:

— Bądź zdrowa, moje dziecko. Dziękuję, że pomogłaś.

Odpowiedziałam, że cała przyjemność po mojej stronie, standardowo jak w podręczniku językowym dla początkujących, zupełnie bez polotu.

Późno już było. Ubrałam się więc, uśmiechnęłam na pożegnanie i poszłam do domu, to znaczy do babci. Czarodziej wolał jeszcze trochę poleżeć.

Wracając przez miasteczko, zauważyłam nowy billboard. Na białym tle widniał napis, zajmujący niewielką część poza tym pustej powierzchni: "Śpieszmy się kochać ludzi — tak szybko odchodzą". Jakaś przykościelna fundacja, nie mając lepszego pomysłu na wydawanie pieniędzy, go kupiła. Coraz więcej widać teraz takich plakatów z cytatami księży. Ale co tam, ksiądz to czy nie ksiądz, ważne, że myśl złota. Pasuje jak ulał do przygody z leśnym czarodziejem.

Był czarodziej i nie ma czarodzieja. Zostały mi tylko pytania niezadane i bez odpowiedzi. No i wspomnienie upalnego lata, kiedy się miałam przygotowywać do egzaminów, a zamiast tego poznawałam siebie.

***


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz