Down (2021)

 

Wróciwszy ze szczepienia, siostry Daszek położyły się wygodnie na obszernym łóżku w pokoju gościnnym na parterze. Dzień był upalny. W ich sypialniach na poddaszu temperatura sięgała czterdziestu stopni. Nawet otwarcie okien niewiele pomagało. Dlatego wybrały parter na południową drzemkę. Poza tym razem czuły się raźniej i bezpieczniej, niż gdyby na wystąpienie gorączki lub, nie daj Boże, jeszcze cięższych skutków zastrzyku, przed którymi ostrzegali i rówieśnicy w szkole, i ksiądz w kościele, i eksperci w internecie, przyszło im czekać oddzielnie.

Nie przykrywały się żadnym kocem czy kołdrą. Postawiły sobie tylko po butelce wody na stolikach po obu stronach łóżka, zdjęły staniki i rozpuściły włosy, żeby było wygodnie leżeć. Rok szkolny się właśnie skończył, więc poza stanem zdrowia nie było się czym martwić ani dokąd spieszyć. Bez wyrzutów sumienia można się było oddać wakacyjnemu lenistwu.

dziewczyny były same w domu. Mimo to furtkę i drzwi zostawiły otwarte. Jak zawsze. W domu po pradziadkach stojącym na przeciwko mieszkała ich babcia i wujostwo, a więc rodzina. W pozostałych piętnastu gospodarstwach we wsi w większości starsi ludzie, sąsiedzi znani od urodzenia. Dwie rodziny z nastoletnimi dziećmi, z którymi Dorota i Agata chodziły do szkoły. Czyli, jak to się mówi, sami swoi. Obcy w tę okolicę się nie zapuszczali — za daleko od miasta. Nie było powodu ryglować drzwi jak w dużym mieście, gdzie nikt nikogo nie zna, a złodziej i gwałciciel tylko czyha, by wniknąć do niezabezpieczonego domu.

Leżąc na boku, obrócone plecami do siebie, obie siostry pogrążyły się w marzeniach. Myślały o tym samym, czyli o chłopakach. Dorota o młodszym o dwa lata, szesnastoletnim Damianie, wysokim brunecie, którego poznała ledwie miesiąc wcześniej i to najzupełniej przypadkiem na przystanku autobusowym. Agata o starszym o dwa lata Adamie, niewysokim blondynie chodzącym z Damianem do tej samej klasy. Obie siostry, jak to siostry, jednocześnie i niezależnie od siebie nawzajem zaczęły wyobrażać sobie randkę. Jak to najpierw chłopak, całując namiętnie, językiem co i rusz muska usta. Jak ściskając za pośladki, przyciąga do siebie dziewczynę, tak że nie da się nie poczuć wzwodu. I jak potem leżą naprzeciw siebie, nadzy, i pieszczą wzajemnie: dziewczyna gładzi palcami sztywny członek, chłopak odwdzięcza się, masując piersi. I jak znowu się całują, co chwilę wyznają miłość, lecz nie mają odwagi przejść do ostatniego kroku, bo nie pomyśleli o zaopatrzeniu się w prezerwatywę.

W końcu obie romantyczne marzycielki zasnęły.

Kacper nie robił żadnej tajemnicy ze swojej obecności. Jeszcze nie przekroczywszy progu, z podwórka wołał niewyraźnym, chropowatym głosem, jedynym w swoim rodzaju i nie do pomylenia z głosem nikogo innego, imiona sióstr ciotecznych:

— A-ata! Do-a! A-ata!

Nie doczekawszy się odzewu — wcale zresztą na niego nie czekając — wszedł do domu. Najpierw skierował kroki na poddasze. A nie zastawszy tam nikogo, zaśmiał się jak trzylatek grający w chowanego i zszedł najpierw na pierwsze piętro. Potem, przeczesawszy wszystkie pomieszczenia, na parter.

W pokoju gościnnym zastał widok, jaki nie pozostawi żadnego mężczyzny obojętnym. Na łóżku leżały obok siebie dwie żeńskie postacie, odziane w skąpe sukienki, krótkie i na cienkich, długich ramiączkach. Dwie zgrabne blondynki. Po lewej stronie Dorota leżąca na brzuchu, z lewą ręką przełożoną nad głowę i prawą ułożoną wzdłuż tułowia. Z nagą piersią wyzierającą spod sukienki. Po prawej stronie Agata, z głową opartą na lewym ramieniu, z prawą ręką przełożoną przez biodro. Jej sukienka podwinęła się tak wysoko, że odsłonięte były nie tylko czarne majtki, lecz całe podbrzusze aż po pępek pępek.

Kacper, urodzony tylko rok później niż Dorota, niewątpliwie był już mężczyzną. Tylko nie wszyscy z jego otoczenia chcieli to zauważyć i przyznać.

Nie zastanawiał się ani sekundy. Podszedł do Agaty i zaczął masować przez majtki.

— Och, Adam — mruknęła dziewczyna. Bezwiednie obróciła się na plecy. Jedną ręką złapała się za pierś, drugą wsunęła pod plecy i uniosła biodra.  

Kacper zwiększył siłę nacisku, wywołując silniejszą odpowiedź dziewczęcych bioder. Wiedziony instynktem wsunął dłoń pod majtki. Jak tylko wniknął palcem palców do gorącej szpary, uznał, że masować w ten sposób nie jest wygodnie. Zdjął więc majtki z Agaty.

— Pocałuj mnie — mruknęła dziewczyna, wyciągając przed siebie ramiona.

Kacper posłuchał. Czym prędzej położył się na ciotecznej siostrze, umieszczając kolana między jej udami. Pocałował w policzek. Zaczął ocierać się się o łono. Na oślep. Na chybił trafił. Aż trafił.

— Adam! Ach! — westchnęła Agata, zacisnąwszy ramiona wokół szyi kochanka. — Bądź ostrożny — poprosiła. A jeszcze dwie sekundy później odzyskała świadomość i z przerażeniem stwierdziła pomyłkę. Zamiast podnieconego westchnienia a jej gardła wydobyło się paniczne wołanie ratunku: — A!

Rozegnanego parowozu krzykiem jednak nie zatrzymasz. Kacper był głuchy na wołania i nieczuły na uderzenia dziewczęcych pięści. Gnany pierwotnym popędem przygwoździł samicę do łózka, przygniatając ciężarem swojego tułowia i jak dzwon puszczony w ruch jak wahadło pracował biodrami. Tylko raz sobie pomógł ręką. Żeby opuścić szorty nieco poniżej pasa.

Przerażona ofiara, z niedowierzaniem patrząc w oczy bezsilnej siostry, resztkami sił starającej się odciągnąć napastnika, wrzasnęła ostatni raz:

— Downie, przestań!

Kacper nie miał trisomii. Był tylko zwyczajnie upośledzony. Fizycznie zdrów jak ryba, a aktywny zasób słownictwa w wieku siedemnastu lat na poziomie pięciuset wyrazów. Na poziomie emocji nieagresywny, kochający wszystkich i przez wszystkich kochany — tak jakoś jest wśród ludzi, że najbardziej lubiane są głupki — ale czasami kochający zbyt mocno. Nie umiał, bądź nie czuł potrzeby kłamać. Nie potrafił tonować nadmiernego pobudzenia. Po prostu był autentyczny.

— Puść ją, downie! — płaczącym głosem powtórzyła Dorota. W pełni świadoma, że ni prośbą, ni groźbą nic nie wskóra. I wstydząc się, że użyła inwektywy.

Down wszedł w cioteczną siostrę jak nóż w masło. Agata poczuła się, jakby jej ciało przeszyła błyskawica. Głos uwiądł jej w gardle. A zaraz potem wszelki ból minął. W głowie się zakręciło, powieki otwarły szeroko, zapanowała ciemność, cisza i błogi spokój. Pogodzona z losem dziewczyna zaczęła miarowo popiskiwać:

— I! I! I!

— Aga! Kacper! Nie! — zaszlochała jej starsza siostra, ostatecznie załamawszy ręce. — Przestańcie, proszę!

Wysłuchawszy kilku kolejnych cichych pisknięć gwałconej dziewczyny i głośnych sapań gwałciciela, a może kilkudziesięciu — nikt wtedy nie mierzył czasu — podjęła jeszcze jedną próbę rozdzielenia ciał złączonych biologicznym klejem kopulacji. Tym razem zrobiła to z namysłem, nie poddając się nieść fali emocji. Zacisnęła pięść i wymierzyła cios z całej siły, mierząc w bok brata ciotecznego, między biodro a żebra. Gdy pierwszy cios nie przyniósł skutku, zamachnęła się jeszcze raz. I jeszcze następny. Aż Kacper poczuł ból w poobijanej nerce.

— Kacperku, wyjdź z Agatki, proszę! Kacperku, błagam, wyjdź z niej natychmiast! — Dorota kilka razy powtórzyła prośbę. Aż dobry chłopczyk usłyszał. — Kacperku, wstań, proszę. Agata nie może oddychać, kiedy na niej leżysz — wyjaśniła z największym spokojem, do jakiego tylko umiała się zmusić.

Łagodna perswazja przyniosła zamierzony skutek. Kacper przysiadł obok swej wymęczonej ofiary. Powiedział coś, lecz żadna z dziewcząt nie zrozumiała ani słowa. Jego włosy kleiły się a skóra świeciła od potu. Pokryty śluzem członek w oczach Doroty mienił się paletą barw od różu do fioletu.

— Bogu dzięki, Kacper! — Dorota rzewliwie przytuliła ciotecznego brata, obejmując go mocno za szyję obydwoma ramionami. — Agata, żyjesz? — zwróciła się do siostry, lecz nie mając odwagi spojrzeć jej w oczy.

— Aha — potwierdziła Agata po chwili głębokiego namysłu. Głosem, jakby mówił duch z odległego zaświatu.

— Nic cię nie boli? Możesz się ruszać?

— Nic nie czuję. Mogę... Ała! Chyba złapałam kolkę.

— Gdzie?

— W żebrach, w nogach. Wszędzie. Jezu Nazareński!

— Będziesz mogła wstać?

— Tak. Chyba tak! — odpowiedziała Agata i wybuchła panicznym śmiechem. Zupełnie nieadekwatnym do sytuacji. — W środku... nie wiem, jak to powiedzieć. Dorciu, on był we mnie.

— Kacperku, coś ty narobił? — Dorota jeszcze bardziej zacisnęła uścisk wokół jego szyi i jakby z matczyną czułością pocałowała kilka razy w policzek.

— A-ata mó-iła po-a-łuj — odpowiedział sprawca nieszczęścia.

— Agata, dasz radę iść do babci? Niech ona zawoła pomoc — powiedziała Dorota do młodszej siostry, jednocześnie zaczynając głaskać Kacpra po głowie. — Kacperku. Nie wolno kłaść się na dziewczynie. Na żadnej dziewczynie. Nigdy. Zapamiętaj.

— Da-cze-o?

— Po prostu nie wolno. Twój... twój penis... to znaczy siusiak... jak się robi twardy, jak teraz, to jest bardzo niebezpieczny. Nie wolno go wtykać w żadną dziewczynę. Ani w Agatę ani w żadną inną. Zrozum. Tak nie wolno.

— A-e da-cze-o?

— Bo ją to boli. Bo siusiak nie do tego służy — tłumaczyła Dorota dorosłemu mężczyźnie jak dziecku. Kłamała jak z nut, w dobrej wierze.

Agata posłuchała przez chwilę tych prób edukacyjnych swojej siostry. Aż poczuła się na tyle silną, by wstać na nogi i udać się do domu po przeciwnej stronie ulicy.

Zawróciła w połowie drogi.

Bała się powiedzieć babci prawdę o jej najukochańszym wnuczku. Było jej wstyd. Nie chciała z nikim rozmawiać o tym, co się zdarzyło dosłownie przed chwilą i czego sama jeszcze nie zdążyła przemyśleć. Nawet gdyby chciała, nie umiałaby dobrać słów, by to opisać. Wreszcie miała sobie za złe, że zostawiła siostrę sam na sam z bardzo niebezpiecznym człowiekiem.

Pobiegła z powrotem.

— Dorcia! — zawołała od progu. — Dorcia, odezwij się!

Nie czekając na odpowiedź, która i tak nie nadeszła, w panice rzuciła się do drzwi pokoju gościnnego. Gdy nacisnęła na klamkę, jej złe przeczucie potwierdziło się w najgorszy możliwy sposób: Kacper, sapiąc i dysząc, gwałcił jej siostrę.

— Nie! — krzyknęła Agata i rwąc włosy, rzuciła się na sprężynujące łóżko. — Dorcia, przepraszam! — wybuchła rwącym płaczem. — Dorcia, powiedz, że to nie prawda. Dorcia, wybaczysz mi?

— A-e u-peł! — odpowiedział Kacper skrajnie uradowany nowym doświadczeniem.

— Ty downie, nienawidzę cię! — Agata zaczęła szarpać Kacpra z całej siły, to próbując co nieco unieść jego barki, by przygniecionej Dorocie dać choćby nikłą szansę się spod niego jakimś cudem wyczołgać, to próbując go zepchnąć, tak samo jak wcześniej próbowała Dorota. Bezskutecznie.

Została mimowolnym świadkiem fizycznego spełnienia, jakiego doświadczył jej upośledzony brat cioteczny. I świadkiem niczym niezasłużonej krzywdy swojej rodzonej siostry.

— To nie twoja wina — pocieszyła ją Dorota, gdy chuć nieokrzesanego mężczyzny została w końcu zaspokojona.

— A czyja, jak nie moja? Jego?!

— Niczyja. Wszyscy jesteśmy winni po trochu.

— Jak któraś z nas zajdzie w ciążę, to ja go zabiję — z nienawiścią w głosie powiedziała Agata.

— Nawet o tym nie myśl. Teraz musimy go odprawić do domu.

To akurat nie było trudne. Wystarczyło poprawić mu szorty i poprosić, żeby poszedł do babci pomóc jej wyjąć z lodówki lody.

Do powrotu rodziców zostały wtedy niecałe dwie godziny. W tym czasie dziewczyny musiały opanować nerwy, posprzątać i uzgodnić, jak postępować dalej.

Postanowiły nie skarżyć na Kacpra, a złe samopoczucie wyjaśnić przyjętym rano szczepieniem. 

Trzy miesiące później Kacper zniknął. Do dziś nie udało się ustalić, co się z nim stało.

Randki z Damianem i Adamem nie zaowocowały żadnym głębszym ani dłuższym uczuciem. Obydwaj chłopcy szybko znaleźli sobie inne dziewczyny i zapomnieli o siostrach Daszek. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz