23 maja 2016

Bajka o rybaku i złotej rybce ("dobra zmiana" 2016)

Siedział lump nad rzeczką. Kij moczył, pił piwo, grał na komórce, szukał spokoju od gderającej żony, nie ważne, co tam robił, siedział i już.

Nagle zobaczył złotą rybkę. Rybak plask łapę w wodę, zamajtał, zamącił. Muł się podniósł z dna, rybka przestała cokolwiek widzieć, straciła orientację w przestrzeni. Rybak cap ją za ogon i jak nie pociągnie do góry! Rybka wije się i miota, próbuje wyśliznąć, ale nic nie może zrobić. Chętnie oderwałaby ogon, by się ratować ucieczką, ale nie jest jaszczurką. Zawisła, ściśnięta w kleszczach grubego kciuka i fuck-palca rybaka, tuż nad taflą zmąconej wody. Ostatkim sił, ostatnią kroplą wody w skrzelach, prosi:
- Wypuść mnie dobry człowieku, nie zabijaj. Niczym ci żem ja przecie nie zawiniła. Po cóż więc mnie męczyć?
Powietrze wdziera się w skrzela, mordka zasycha, rybka zaczyna się dusić. Nic więcej nie powie.

Rybak patrzy na owoc połowu, zagląda w wielkie oczy bez powiek, przedrzeźnia nieme ruchy pyska, proszące o wodę, i cieszy się, jak głupi do sera, wietrzy dobrą zmianę. Wie już, co zrobić.
- Bardzo ci współczuję, rybeńko miła. Drogę zgubiłaś? Jak mogę ci pomóc?
- Puść mnie wolno, rybaku. – udaje jej się wyszeptać.
Lecz lump ma watę w uszach, na szept nie zwraca uwagi.
- Oh, jakby mi dali pięć set, na pewno by mi się słuch poprawił.– myśli na głos, biedaczek, i dodaje:
- Pomysłów miałbym więcej. Na pewno bym odgadł, co mi powiedzieć chciałaś, rybeńko miła!

Nagle trzask! Z nieba prask! Pięć set dali! Rybak z radości unosi ręce, eoła pod niebiosa:
- Ach, rybko! Czy to widziałaś?! Cód! Cód prawdziwy!
A rybka zwinnie, siłą grawitacji, plum do rzeczki, jak tylko uścisk szczypiec zelżał.

W bajce były trzy życzenia. Idiemy dalej.

Następnego dnia, znów złapał lump rybkę, tę samą wariatkę, co poprzednio. W brudnej wodzie mózg jej trochę zamuliło – nie pomyślała na czas o emigracji z niebezpiecznego akwenu. Tym razem, rybak jest mniej delikatny. Nie bawiąc się w dyplomację, mówi otwartym tekstem:
- Daj mi stały kurs franka po trzy złote.
- A żebyś się udławił tym frankiem, bandyto, a żeby cię żona przegnała razem z całą tą twoją hipoteką, a żeby cię reumatyzm pogiął, capie, a żeby ci wypadły wszystkie włosy i zęby, ty sępie, pokrako, kulfonie! – Rybka złorzeczy, jak może.
Lecz gdy wody brak w skrzelach, lamele się sklejają, na nic lamenty, na nic próżne żale.
Trzask, prask, jest frank po trzy złote, dla tych rybaków, którym tak wygodnie.

Naiwna rybka myśli, że pięć set i kredyt za darmo, to szczyt żądań rybarskiego proletariatu, że skoro zapłaciła haracz, to może swobodnie pływać i nikt jej już za ogon nie będzie łapać. Trzeciego dnia, nawet, wita się złota rybka ze swoim oprawcą:
- Dzień dobry, rybaku!
O, ichtio-naiwności! Lump bezwstydny, co grama pokory w sercu nie miał, a apetyt, odwrotnie, iście królewski, cap za rybę za ogon. I jej nie wyciągnie wysoko na palące słońce, jek jej w ślipia nie zajrzy, jak nie chuchnie piwnym oddechem – a ryby, wszelako, pozbawione są dehydrogenazy alkoholowej, nie metabolizują toksycznych oparów piwa – jak zębów nie pokaże w cynicznym uśmiechu!
- Emeryturę mi daj rybko od pięćdziesiątki piątki, żebym grzbietu nie musiał schylać i wądy mącić w rzece aż do śmierci.
Rybka juz nie psioczy, już nie złorzeczy. Wie, że na słowa, choćby najmąrdzejsze, lump jest odporny. Ma chyba specjalne limfocyty, broniące przed empatią i głosem rozsądku. Bez prób negocjacji, spuszcza deszcz wcześniejszych emerytur.
- Co mi tam. – myśli.
- Tej rzeczki już nic nie uratuje. A niech wysycha w czortu! Jutro spakuję płetwy. Spływam do innego akwenu. – podejmuje solenną rybią decyzję.

Czwartego dnia bajka się kończy. Zobaczywszy złotą rybkę, ocierającą złote łzy, żegnającą się na zawsze z rakiem i stonogą, rybak-wredota cap ją za ogon! I znów na powietrze! Kolejne żądania:
- Wyjeżdżasz dokądś? Jaka szkoda! Ha, ha! Daj mi jeszcze podwyżkę, dwa dni świąt i trzy dni urlopu, bo takie są moje prawa, bo taka jest sprawiedliwość. I żeby jeszcze wszyscy w świecie znali, że rybak nie dupa, że o swoje walczy. Nie będzie żaden niemy ryb, jemu tłumaczył, że skromność i rozsądek to cnota. Na chuj obce gadanie! Rybaczy my naród, rybaczy lud, swojskie nas wiedzie kwakanie.

I rybka się wkurwiła:
- Ty lumpie, ty kwacza mordo, ty dupiszonie, ty wodo brzozowa, macioro brodata, ty worze przeszydły, ty stolcu kamienny, ty cycu obwisły, ty „Kursku” na dnie osiadły, przez własną torpedę rozpierdaczony, ty rydzu robaczywiony, świrze bez czci i krzty honoru! – taką inwokacyją uraczyła lumpa, a gdy jej już tchu brakło i w skrzelach zaschło, wycharczała, resztką śluzu plując mu w brodę:
- Prędzej zdechnę, niż cokolwiek jeszcze ode mnie dostaniesz.

I zdechła rybka. Jej dusza złota odleciała do karasiowego raju. Wraz z duszą zniknęły też wszystkie cuda, które uczyniła. Pięć set zmarniało do pięciu, wskutek inflacji, trzy złote poszybowały do trzydziestu, bo zabrakło w kasie rzeczki złota, dla sztucznego podtrzymania kursu, a zagraniczni złotnicy przestali inwestować w wysychające bajoro. I emerytura od pięćdziesięciu pięciu nie uchroniła lumpa od pracy do śmierci. Umarł, nie dobiwszy do czterdziestu, na powikłania po śwince, różyczce i ospie. Wszak się nie zaszczepił, bo szczepienie szkodzi.


Rybak ostał się więc ze ścierwem rybki akwariowej w garści i do usranej śmierci klepał biedę, a drapiąc się co rano po łysinie, do krwi - jak niezrównoważona psychicznie nastolatka żyletką po łokciu - złościł się i zachodził w głowę: Kto temu wszystkiemu winien?