Inni (2018)


Rawa Mazowiecka. Na kartach kalendarzy rok 1937.
- Pamiętaj o dniu szabatu, aby go uświęcić – Lejb Binensztych półgłosem wypowiada słowa modlitwy.
Wciąż stojąc, z nabożną czcią unosi kielich słodkiego wina. Upiwszy łyk, podaje żonie. Sara Binensztych przekazuje naczynie najstarszemu synowi. Po Izaaku przychodzi kolej na Abrama, Rutę i Ewę, najmłodszą z rodzeństwa. Wreszcie ojciec dopija resztę wina i odstawia kielich na stół. Obrzęd kiduszu został dopełniony. Szabas rozpoczęty. Rodzina zasiada do stołu, by przystąpić do wieczerzy.
W milczeniu jedzą chałę makową, jak każe tradycja, posypując odrobiną soli.
Wtem brzęk tłuczonego szkła burzy wieczorną ciszę. Na podłogę pada kamień, a z ulicy dobiega złowrogi śmiech i krzyki:
- Brawo, Mirku! Morowo im dałeś.
- Precz z parchami!
- Nie kupuj u Żyda!
- Polska dla Polaków!
Okrzyki się powtarzają. Dominują dwa głosy: męski z charakterystyczną chrypką, należący do herszta rawskich narodowców i piskliwy, chłopięcy, nastolatka, który jeszcze nie przeszedł mutacji. Za to w mieszkaniu rodzina Binensztychów nadal milczy. Ze spuszczonymi głowami przyjmuje poniżenie. Z nadzieją, że motłoch zaraz sobie pójdzie, że wandale rozejdą się do domów. Ruta i Ewa z trudem powstrzymują drżenie rąk i nóg. Strach ściska za gardło. Ich bracia ze złości zaciskają pięści. W oczach skrzy się błysk nienawiści. Niemo, ze wzrokiem utkwionym w środek blatu stołu nucą w pamięci hymn uciśnionych:
Cuzamen! cuzamen! Di fon zi iz grejt.
Zi flatert fun corn, fun blut iz zi rojt!
[S. Ansky, „Di Szwue“ – „Przysięga“]
Na drugi kamień nie trzeba długo czekać. Przez rozbite okno ze świstem wpada ułamek cegłówki, pada na stół, niszczy talerz, zostawia na blacie czerwony ślad i podskakując, toczy się dalej, by spocząć na podłodze tuż u stóp Ewy.
- Nie! Nie! Aaa! – dziewczyna w panice podrywa się od stołu. Przewraca krzesło, rękami zasłania oczy. Krzyczy. Rwie włosy. Tupie. Chce uciec, lecz nie może, nie wie dokąd. Obraca się tylko wokół własnej osi, miota w amoku. Za szyję dzierży ją smycz posłuszeństwa: Od świątecznego stołu nie wolno wstać, nim ojciec oznajmi koniec wieczerzy. Byłby to brak szacunku i obraza Boga przynosząca nieszczęście.
- Dość! – widząc panikę siostry woła Izaak. – Abramie, idziemy.
Szewc Binensztych nie ma siły protestować. Jego wiara w sumienną pracę i pokorne przestrzeganie przykazań bożych, wszystko, czym się kierował w życiu, legło w gruzach. Duch Żyda godzony kamieniem w serce umarł. Rację mają młodzi – złu trzeba się przeciwstawić pięściami, lecz ojciec sparaliżowany wstydem nie jest w stanie ich poprzeć. Siedzi nieruchomo. Milczy.
Żona i starsza córka szewca wymieniają spojrzenia. Pani Sara lekkim skinieniem daje znać, że rozumie, ufa i pochwala. Ruta jak najciszej odsuwa krzesło, obejmuje zapłakaną siostrę i wyprowadza do sypialni.
- Dlaczego oni to robią? – uspokoiwszy się nieco, pyta Ewa. Po polsku.
- Bo Żydzi zabili ich Jezusa – odpowiada Ruta z gorzką ironią.
- Przecież to głupie!
- Tak, ale oni są głupi. Wierzą we wszystko, co usłyszą od księdza.
- Tak samo jak tata wierzy rabinowi?
Ruta wzrusza ramionami. Chce pocieszyć siostrę, lecz i jej łzy się zbierają pod powiekami. Szuka odpowiednich słów, ale żadne nie przychodzi na myśl.
- To przez to, że jesteśmy inni? Że mamy inne święta?! – Ewa prawie krzyczy, ze łzami w oczach – Rutko, ja tak nie chcę. Nie chcę tych szabasów, chały, hawdali. Po co nam to wszystko?
- Jesteśmy Żydami. Taka jest nasza tradycja.
- I co z tego? Przez tę tradycję tylko nas nienawidzą.
Ruta znowu nie wie, co odpowiedzieć. Też nie przepada za obrzędami. Przesądy rodziców toleruje, bo kocha mamę i tatę, ale nie rozumie. Uczy się w gimnazjum. Zda maturę. Nie żyje jak oni religijną przeszłością.
- Nie przejmuj się. Jurek nie jest taki – pociesza siostrę. Wie, że Ewa jest zakochana w koledze z klasy.
Sama swego czasu często bawiła się z bratem Jurka. Kiedy miała trzynaście lat, czyli tyle co teraz Ewa, Bartek ciągał ją za warkocze, a ona, śmiejąc się beztrosko, ku zgorszeniu pobożnych sąsiadów, biła go po rękach i uciekała. Nie za szybko i nie za daleko, żeby nie zrezygnował z pogoni. Raz w bramie, kiedy wydawało się, że nikt nie widzi, zacisnął dłoń na jej piersi. Jeszcze tego samego dnia dostała od mamy cichą reprymendę i zakaz zadawania się z obcymi chłopcami. Zwłaszcza z Maliniakiem. Od tamtej pory nie biegała po rynku. Bartkowi nie wyjaśniła sytuacji. Nastolatek się obraził i przestał zaczepiać, a Rucie pozostało tylko wspominać zdarzenie w bramie i tęsknić.
Rumor otwieranych drzwi i głośny tupot w sieni przerywają rozmowę. Ruta zostawia siostrę samą. Biegnie przywitać braci.
Zastaje ich w izbie jadalnej razem z rodzicami, którzy wciąż siedzą na swoich krzesłach w tej samej pozie, w jakiej siedzieli, kiedy wychodziła z Ewą. Izaak z podbitym okiem i Abram z krwawiącym nosem przedstawiają niepiękny widok. Za to z ich oczu bije błysk zwycięstwa. W rękach trzymają kurczowo trofea: metalową rurkę i biały kołnierz, świadczące o tym, że wzięli odwet za stłuczoną szybę i niewybredne krzyki pod oknem. Parchy, nie parchy, ale synowie szewca bić się umieją.
- Maliniaki wiali, mało nóg nie połamali – chwali się Abram.
Pani Binesztych dyskretnie zerka na córkę. Ruta czuje, jakby jej serce miało zaraz pęknąć. „To nie może być prawda”, myśli. „Nie Bartek, nie Jureczek!”
- Kto? – pyta, nie dowierzając.
- Bartosz – Izaak potrząsa kołnierzykiem – i ten szczyl, jego braciszek. W niedzielę sobie z Bartoszem pogadamy. Już nam nie ucieknie.
- Co mu chcecie zrobić? – Ruta nie potrafi całkiem ukryć troski. Lęka się nie tyle o braci, co o chłopca z sąsiedniej kamienicy, którego kiedyś lubiła.
- Nic. Oddamy mu kołnierz – śmieje się młodszy z braci. W gruncie rzeczy nie ma do Bartka wielkich pretensji. Rozumie, że chłopak musiał się dostosować do grupy. Wyszedł na ulicę jak wszyscy pokrzyczeć głupoty, żeby nie kupować u Żyda, a jutro jak gdyby nigdy nic przyniesie buty do naprawy. Poza tym oprócz smarkatego brata ma jeszcze całkiem ładną siostrę, która nie poddaje się coraz powszechniejszej histerii narodowościowej.
W szkole o zamieszkach z końca tygodnia nikt nie wspomina ani słowem. Jakby nic się nie stało. Uczniowie siedzą osobno: Polacy, Żydzi i w mniejszej liczbie Niemcy, wyznawcy Jezusa, Abrahama i Jezusa protestanckiego, podzieleni na klasy żeńskie i męskie. Obcy. Jednocześnie ciekawi siebie nawzajem.
Segregacja nie jest jednak ścisła. Zarówno Ruta jak i Ewa mają katolickie przyjaciółki. Na przerwach rozmawiają wyłącznie po polsku, nawet nie myślą w jidysz, na który przełączają się dopiero po południu, wróciwszy do domu.
- Zuziu, powiedz mi, jak to jest ze spowiedzią? Czy naprawdę mówicie księdzu o każdym grzechu? – pyta Ruta najbliższą koleżankę.
- Tak – odpowiada gimnazjalistka ściszonym głosem. Chwyciwszy Rutę za rękę, odchodzi na bok kilka kroków. Nie chce, żeby ktokolwiek usłyszał intymną rozmowę. – Tobie mogę powiedzieć, że nie ze wszystkiego się uczciwie spowiadam. Jak ksiądz pyta o grzeszne myśli, to zmyślam jakieś niegroźne.
- Jakie grzeszne myśli?
- No, o mężczyznach – chichocząc odpowiada Zuzanna, rozglądając się dyskretnie dla pewności, że nikt nie słyszy. – O tym, co się robi z mężem. Podobno u was rodzice wcześnie decydują, za kogo się wyjdzie za mąż. Ciebie już wyswatali? Wiesz, kto będzie twoim mężem?
- Nie. Swatów nie było, ale ojciec chce wydać mnie i Ewę za dalszych kuzynów. Wolę o tym nie myśleć.
- Wiesz już za kogo?
- Wiem. Na szczęście to jeszcze nic pewnego. Mam nadzieję, że nie będą nas do niczego zmuszać.
- Nie podoba ci się ten kuzyn?
- Podoba, ale nie widzę go jako męża.
- Całowałaś się z nim? Albo z kimś innym? – Zuzanna pyta, chwytając koleżankę za obie ręce. Przy tym jej tęczówki zdają się świecić wesoło jak robaczki świętojańskie.
- Nie.
- A mnie jeden kuzyn pocałował w usta, jak nas odwiedził na Wielkanoc – zwierza się za to Zuzanna, korzystając z okazji, że może się tą nowiną z kimś podzielić w zaufaniu, być może usłyszeć też pochwałę lub choćby zapewnienie, że to nic złego. – Ale nie mów nikomu.
- Nie powiem. A wyspowiadałaś się księdzu?
- Nie! Nie ma mowy!
- Powiedz, Zuziu, a jak ktoś kamieniem zbije szybę w oknie i wykrzykuje różne złe rzeczy, to się wyspowiada?
- Nie wiem. Raczej powinien. Chodzi ci o rozróbę w piątek? Rutko, bardzo mi przykro, że was tak potraktowali. Wiesz o tym.
- Wiem. Nie o to chodzi. Co ksiądz powie na taką spowiedź?
- Ksiądz? Zależy który. Ksiądz proboszcz to jeszcze pochwali. Jego nie lubię.
Na innej przerwie Ruta otwiera serce przed przed przyjaciółką. Opowiada o pamiętnym obmacaniu w bramie trzy lata wcześniej. I o tym, że Bartek w niedzielę dostał po nosie od jej braci. Pyta, jak to możliwe, że porządny chłopiec zadaje się z chuliganami i rzuca kamieniami w sąsiadów. Nawet jeśli nie rzuca własną ręką, to patrzy jak to robią inni i nie reaguje.
- Nie wiem, Rutko. Jedno jest pewne: ten Bartek na ciebie nie zasługuje. Zapomnij o nim. Już lepiej pocałuj się z tym dalekim kuzynem, co ci ojciec wybrał, o ile nie jest jakiś okropny.
- Nie jest. Nawet go lubię – odpowiada Ruta, odzyskując humor.
- A widzisz. Powiesz mi, jak całuje?
- Powiem – obiecuje Ruta, śmiejąc się i wiedząc, że to nierealne. – O ile będzie okazja. Bo my nie spotykamy się z dalszymi krewnymi tak często jak wy. Tylko na ślubach i pogrzebach.
Rozmowy od serca z przyjaciółką, trzeźwe konsultacje z braćmi, szeptanki z młodszą siostrą, nic nie pomaga ukoić niepokoju. Po tygodniu wahań Ruta podejmuje wyzwanie. Decyduje, że zażąda wyjaśnień od Bartka. Spotka się z nim i rozmówi w cztery oczy.
Bierze przyjaciółkę pod rękę i wraz z nią udaje się po szkole na spacer ulicami miasta. W towarzystwie koleżanki nie wzbudza niezdrowej ciekawości sąsiadek. Nie klucząc długo, rozpoznaje na rynku znajomą postać najmłodszego Maliniaka. Podchodzi wolnym krokiem, nie przerywając rozmowy z Zuzanną, do ostatniej chwili udając, że nie zwraca uwagi na Bartka. Następnie bez zbędnych ceremonii stuka go w ramię i każe na moment oddalić się od kolegów.
- Po co? – ze strachem w oczach pyta trzynastolatek. Od razu widać, że męczy go poczucie winy.
- Zaraz ci powiem. W tajemnicy.
Biorąc Zuzannę na świadka, każe chłopcu przekazać bratu, by następnego dnia o określonej godzinie czekał na nią w bramie przy jednej z kamienic. W tej samej, gdzie kiedyś stracił panowanie nad ręką.
- Dlaczego to zrobiłeś?! – wita Bartka z daleka. Krzykiem. Tak głośno, że sama truchleje od własnego głosu. Nie doceniła siły emocji wywołanych atakiem narodowców, które wcale nie znikły, lecz tylko przysnęły w nie najgłębszym zakamarku serca.
- Nie chciałem. Przepraszam – duka młody bandyta. Widząc filigranową dziewczynę w szkolnej marynarskiej bluzce, nie umie się bronić. Mimowolnie okazuje skruchę.
Z dużym strupem z boku nad górną wargą i siną gulą na czole wyglądem wzbudza litość. Poza tym, przewyższając Rutę o głowę, szeroki w barkach, świeżo ostrzyżony u fryzjera, osiemnastolatek prezentuje się zdrowo, atrakcyjnie. Stanowczo nie jest już chudym gołowąsem jak trzy lata temu. Podoba się Binensztychównie po stokroć bardziej niż wówczas.
- Wiem. Ale dlaczego? Po co się zadajesz z tymi warchołami? – Ruta powtarza pytanie. Tym razem cicho, życzliwie, bez złości. Nieśmiało gładząc Bartka po policzku, dodaje: – Nieźle cię urządzili... Żydki.
- Mieli prawo – odpowiada Bartek ze wstydem w głosie. I z błyskiem nadziei w oczach. Nie jest już żółtodziobem. Umie poznać, że wpadł w oko kobiecie. I potrafi z tego korzystać.
- Zasłużyłeś.
- Niestety – potwierdza Bartek teraz już śmielej. Spogląda Rucie w oczy, czeka kilka sekund i bez dalszych ostrzeżeń całuje ją w usta. Obejmuje jej wargi swoimi, zasysa, jednocześnie obiema rękami przyciągając za biodra do siebie. Żeby nie uciekła kierowana fałszywym pojęciem przyzwoitości. Oblizuje dziewczęce usta jak najsłodszy cukierek, jak kremówkę, eklerkę, czy inne cukiernicze cudo, na jakie robotnik z prowincjonalnego miasteczka nie co dzień może sobie pozwolić, a nawet nie co niedzielę.
Ruta przez chwilę nie wie, co się dzieje. Zamyka oczy. Nasłuchuje bicia serca. W skroniach czuje puls krwi w tętnicy. Otwiera oczy, usta, nieudolnie odwzajemnia pocałunek. Pierwszą myślą jest, że będzie miała co opowiadać przyjaciółce, drugą, że Bartek ma silne ręce, trzecią, że lepiej, żeby nikt postronny nie był świadkiem tego pocałunku. Jej chłopiec myśli tylko o jednym. Zastanawia się, jak zorganizować następne spotkanie. Najlepiej wyciągnąć Rutę za miasto i na polanie na skraju lasu skonsumować tę nieoczekiwaną, niezasłużoną miłość.
Dziewczyna jednak swój rozum ma i nawet jeśli pozwala sobie na spontaniczne wyrażenie uczuć, nie zamierza całkiem zmieniać planów. Żegna się z ukochanym nicponiem, nie obiecując mu niczego. Twierdzi wręcz, że pocałunek nie powinien się zdarzyć i że na pewno taki błąd się nie powtórzy. Gra niewzruszoną tak dobrze, że sama zaczyna wierzyć w to, co mówi. Nie kocha, nie czuje mrówek w brzuchu, nie chce się więcej całować.
Kłamała. Parę dni później aranżuje nowe spotkanie. Wypróbowanym sposobem. Tym razem we czworo: dwie siostry Binensztychówny i dwóch Maliniaków. Udział Ewy w randce ma dać same korzyści. Po pierwsze ochronę przed wścibstwem małomiejskich kobiet. Dwie uczennice nie wzbudzają takiego zainteresowania jak jedna nastolatka w towarzystwie kolegi, lub za którą w pewnej odległości kroczy jakiś chłopiec. Po drugie ochronę. W obecności trzeciej osoby kawaler nie będzie nastawał na cnotę. I Ruta przy siostrze nie pozwoli sobie na tyle, na ile by miała ochotę. Wreszcie po trzecie skorzysta na tym Ewa, pozna lepiej chłopca, do którego wzdycha. Albo się mocniej zakocha, albo, co bardziej prawdopodobne, szybciej się wyleczy z zauroczenia. No i rodzice nie będą się dopytywać, gdzie się podziewa latorośl, kiedy jedna z sióstr wróci ze szkoły, a druga zbyt długo zabawi na mieście. Miejsce spotkania: ruiny zamku przylegające do miasta.
Maliniacy przyszli trochę wcześniej. Czekają niecierpliwie. Wreszcie na mostku pojawiają się dziewczęta w szkolnych uniformach. Chłopcy zaciskają zęby. Zaraz przystąpią do dzieła uwodzenia.
Młodzież łączy się w pary. Ewa z Jureczkiem przechodzą za kamienne wzniesienie pozostałe po murze obronnym, Ruta i Bartek zaczynają spacer wokół zamku. Dla Ruty kawaler jej siostry to nieciekawy dzieciak, niewarty nawet spojrzenia. O nic go nie podejrzewa. Nie przygotowała Ewy na spotkanie, nie opowiedziała o swych doświadczeniach z ciąganiem za warkocz. Tymczasem Bartek udzielił bratu niezbędnych lekcji, nauczył sztuczek jak dostać się do najmiększych kąsków. Ledwie młodsza para zniknęła z oczu, w ruinach zamku rozlega się śmiech Ewy.
- Ewuś, to ty?! – Krzyczy Ruta zaciekawiona nagłym przejawem radości. Chce biec do siostry, lecz Bartek, złapawszy za rękę, ją powstrzymuje.
- Stój, zostawmy ich samych.
Nachyla się, żeby pocałować dziewczynę. Tym razem jednak Ruta zwinnie mu się wymyka. Wesoło protestuje:
- Nie wolno. – Po czym wsuwa łokieć pod ramię Bartka, przytula się bokiem i prosi: - Opowiedz mi o sobie.
- Co mam powiedzieć? – Pyta nieco zaskoczony młodzieniec.
- Wszystko.
Bite dwa kwadranse spacerują pod ramię, pomału okrążając ruinę. Ruta pyta, co Bartek robi w pracy, ile zarabia, skąd pochodzą rodzice, czy jego siostra ma narzeczonego, o wszystko. Kawaler posłusznie odpowiada, coraz bardziej pogodzony z myślą, że randka nie przebiegnie według jego planu.
Wreszcie przychodzi czas, kiedy trzeba się zbierać do domu.
- Bartku, chcesz mnie pocałować? – Ruta, przystanąwszy w cieniu, zadaje nieoczekiwane pytanie.
- Pozwolisz?
- Teraz tak.
Bartek przez chwilę gładzi Rutę po przedramionach. Po czym obejmuje dłońmi policzki i zbliża usta do jej buzi. Delikatnie muska wargami. Krótkimi pocałunkami kusi dziewczynę, zachęca, żeby i ona go pocałowała.
Niedługo potem zatrzymują się znowu. Obejmują. Zza rogu wyłania się druga para. Ewa i Jurek trzymają się z ręce, ale jak tylko dziewczyna spostrzega świadków, odtrąca dłoń chłopca.
Ruta nie wyrywa się z objęcia. Ustawia tylko Bartka plecami do drugiej pary. Chce cały czas widzieć siostrę.
- Lubisz mnie? – pyta z zalotnym namysłem.
- No jasne – Bartek odsuwa warkocz i całuje Rutę w szyję.
W odległości dwudziestu kroków Ewa naśladuje starszą siostrę. Obejmuje chłopca za szyję. Przytula. Szepcze do ucha, zupełnie przypadkiem, to samo pytanie:
- Lubisz mnie?
- Bardzo.
Ośmielony zachowaniem nastolatki Jurek bez pytania, szybko wsuwa rękę pod szkolną bluzkę. Wysoko. Ewa domyśla się, że siostra też jest głaskana. Cieszy się tą myślą. Podoba jej się, co robi chłopiec opuszkami palców.
- Ja też – odpowiada szeptem.
- Szkoda, że jesteś Żydówką – odzywa się Jurek. Tym jednym szczerym zdaniem, nieprzemyślanym, niszczy romantyczną atmosferę.
- Dlaczego?
- Bo nigdy nie będziemy się mogli ożenić.
Dla Jurka podział na katolików i niekatolików, na Polaków-katolików i obcych, jest tak oczywisty jak dzień i noc, jak to że słońce wschodzi na wschodzie i zachodzi na zachodzie, jak pory roku. Związek katolika z żydówką wykracza poza ramy jego wyobraźni.
Ewa czuje się jak wtedy, gdy nudną kolację przerwały kamienie i nienawistne wrzaski za oknem. Plecy oblewa pot, kolana stają się watą, serce bryłą soli. Czuje się oszukana, zdradzona, upokorzona. Zamiast przyjemnego łaskotania pod bluzką czuje piekące ognie.
Udaje jednak niewzruszoną. Duma jej nie pozwala powiedzieć chłopcu wprost, że zawiódł pokładane w nim nadzieje, przyznać się do porażki. Pozwala Jurkowi dalej błądzić palcami po piersi. Wie jednak, że to ostatnie spotkanie. Że za minutę się rozejdą do domów, a potem... potem już nie będzie znała chłopaczka. Będzie udawać, że go nie widzi, traktować jak tło, jak powietrze. I nie powie dlaczego.
Wieczorem przed snem rozmawia z siostrą. Dopiero wtedy, po kilku godzinach, jest w stanie nazwać myśli, które ją trapią od popołudnia.
- Jurek na pewno tak tego nie myślał – pociesza ją Ruta. – Nie chciał cię obrazić.
- Nie, dla niego jesteśmy kimś gorszym. Będzie się mnie wstydził, bo jestem parchówą. To niesprawiedliwe! – Ewa zanosi się płaczem.
Szlochaniem zaraża się Ruta.
- Masz rację. Z tych naszych zakochań nic dobrego nie wyjdzie.
Po chwili obie siostry, tuląc się do siebie, chlipią i pociągają nosem.
- Jurek wygadał mi coś jeszcze – szepcze Ewa godzinę później.
- Co? Lepiej uśnij wreszcie.
- Że Bartek chodził do jakiejś córki młynarza.
- No i co?
- Nie rozumiesz?! Chodził i robił z nią te rzeczy.
- Skąd wiesz, co robili?
- A po co by chodził? – powtarza słowo w słowo odpowiedź, jaką usłyszała na zamku od Jurka.
- Aha. – Po krótkim namyśle Ruta przyznaje siostrze rację. Myśli. Bezsennie do samego rana.
W szkole zasięga rady u przyjaciółki. Zuzanna, wysłuchawszy pięć razy opowieści o pocałunkach, też przychyla się do zdania Ewy: z Maliniakami nie warto się spotykać.
- Musisz poznać mojego kuzyna. On by ci pasował – chichocze Rucie do ucha.
- Ten sam, o którym mi mówiłaś niedawno?
- Tak.
- Nie byłabyś zazdrosna?
- Z tobą mogę się nim podzielić. Ale by z was była para! Ty czarna, on blondyn, dzieci w paski jak zebra.
- Dzieci? Nie za szybko byś chciała?
- No, a po co odkładać? Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj! – koleżanka szturcha Rutę palcami pod żebra, zmuszając do spazmatycznego śmiechu. Można się tylko domyślać, od kogo się tego nauczyła.
Życie szybko wraca na znane tory. Szkoła, czytanie w domu, żeby jak najlepiej zdać małą maturę, szabas. Mogłoby się zdawać, że siostry zapomniały o swoich kawalerach. O podwójnej randce nie wspominają ani słowem. Aż do niedzieli.
Jak co tydzień klangor dzwonów przypomina miastu o sumie w kościele Niepokalanego Poczęcia. Odświętnie ubrane panie wchodzą do świątyni. Panowie zbierają się przed bramą podyskutować o cenach zboża, piwie i polityce. Tylko Bartosz Maliniak, co chwilę zerkając za siebie, idzie w inną stronę. Zatrzymuje się przed warsztatem szewca Binenstycha.
- Przyszedłem przeprosić – tłumaczy swe przyjście być może jedyny tego dnia chrześcijanin w mieście. – Nowa szyba musiała kosztować co najmniej pięć złotych. Proszę, niech pan to weźmie. Wiem, że za późno, ale lepiej za późno niż wcale. – Kończy monolog i wręcza kopertę z banknotem.
- Dziękuję, chłopcze. – Binensztych stoi w drzwiach jak żona biblijnego Lota zamieniona w słup soli.
- A gutn tog. Do widzenia – żegna się skruszony chuligan.
- Do widzenia. Szczęść Boże! – odpowiada szewc z silnym żydowskim akcentem.
Gdy zaraz potem Ruta dowiaduje się, kto przybył i w jakim celu, natychmiast zmienia zdanie. Postanawia spotkać się z Bartkiem. Namawia siostrę na powtórkę spaceru do ruin zamku. Prosi Zuzannę o pośrednictwo w umówieniu randki.
Jeszcze raz Ewa i Jurek znikają za kupą kamieni pozostałej po wysokim murze.
- Dziękuję za to, co zrobiłeś w niedzielę. Nikt z nas się tego nie spodziewał. – Ruta całuje Bartka w policzek.
- Drobiazg. Uznałem, że tak będzie lepiej. Trzeba się nawzajem szanować.
Ruta znów go całuje, stając na palcach. Tym razem Bartek przekręca głowę i łowi wargami dziewczęce usta. Łakomie zlizuje z nich cukierkową słodycz.
- Był z tobą Jurek?
- Nie, nie mówiłem młodemu. – odpowiada Bartek zgodnie z prawdą.
- Dlaczego?
- Po co? Niech sam przeprosi. Chociażby twoją siostrę. Ma teraz okazję.
Siadają na pniu po ściętym przydrożnym drzewie. Bartek bierze Rutę na kolana. Czule głaszcze po głowie. Delikatnie całuje w policzek i po szyi. Gładzi ramiona. Rozmawiają o życiu. O pracy, szkole i kościelnych świętach. Tym razem więcej mówi Ruta. Bartek słucha cierpliwie, pozwala jej się wygadać. Wie, że w ten sposób, nie robiąc nic, zaskarbi sobie życzliwość i zasłuży na miłą nagrodę. Pamięta jak dziś tę chwilę, kiedy córka młynarza wpuściła go między nogi, po tym jak przez godzinę słuchał narzekań na macochę. I inny raz, kiedy młoda młynarzowa wycierała łzy w jego rękaw, skarżąc się na złego męża i pasierbicę.
Także teraz cierpliwość przynosi owoce.
- Powiedz, lubisz mnie naprawdę? – pyta Ruta, obejmując Bartka ramieniem.
Przekręca się nieco, żeby usiąść wygodniej. Ociera się przy tym o twardą część ciała ukrytą w spodniach. Przeszywa ją dreszcz podniecenia. Nie czekając na odpowiedź, składa pocałunek na wargach chłopaka.
- Wiesz, że tak – potwierdza Bartek i wsuwa rękę pod bluzkę. Gładzi po brzuchu, pod szyją i znów wokoło pępka. Następnie zabiera rękę, kładzie na kolano i sunie po udzie coraz wyżej.
Ruta nic nie mówi. Z buzią otwartą z wrażenia oddycha głośno i czeka ciekawa, co będzie dalej. Łapie Bartka za nadgarstek dopiero wtedy, gdy palec naciska na majtki w najbardziej intymnym miejscu.
- Bartku, nie! – protestuje, wyrywa się z objęcia, ale na skuteczną obronę jest już trochę za późno.
Bartek nie słucha. Znajduje drogę pod majtki. Uciska całą dłonią. Wnika koniuszkiem palców.
W tym momencie Ruta przypomina sobie, że o pewną ważną rzecz jeszcze nie zapytała.
- Bartku, chodziłeś już do jakiejś dziewczyny?
- Nie – kłamie kochanek bez zastanowienia. Ma teraz ważniejszą robotę niż tłumaczenie się z błędów przeszłości.
- A do córki młynarza?
- Kto ci powiedział? – zaskoczony trafnym pytaniem, niechcący przyznaje się do winy.
- Ktoś – odpowiada Ruta krótko i zrywa się na nogi jak oparzona.
Nerwowo poprawia sukienkę. Z nieskrywaną złością odpycha Bartka, próbującego ją objąć i uspokoić.
- Ewo! Ewo, idziemy do domu! – woła i biegnie do miejsca, gdzie kiedyś była zamkowa brama a teraz jest przerwa w kamiennym wale.
Chwilę potem siostry szybkim krokiem zmierzają w kierunku rynku. Tym razem definitywnie kończą z potajemnymi romansami.
Wkrótce Ruta skończy gimnazjum. Dwa lata później zda maturę. Na czwórki i piątki. Będzie się cieszyć, że po wakacjach odwróci się do sztetlu plecami, wyjedzie do stolicy uczyć się na siostrę medyczną. W Warszawie dołączy do brata Izaaka, urzędnika w znanej firmie ubezpieczeniowej, zobaczy drapacz chmur, linię średnicową, Belweder i wszystkie miejsca, o których się uczyła na języku polskim i historii.
Ewa będzie kroczyć śladami siostry. Mała matura, liceum.
Szewc Binensztych i jego żona będą dumni z sukcesów dzieci. Nie będą im narzucać archaicznego stylu życia. Pozwolą iść własną drogą. Tym bardziej, że warsztat mają jeden i z synów tylko młodszy Abram ma smykałkę do szewskiej roboty. Jak wróci z wojska, przejmie interes. Cała rodzina żyć będzie długo i szczęśliwie. Tak się powinna skończyć bajka o Rawie Mazowieckiej końca lat tysiąc dziewięćset trzydziestych.
Żyliby długo i szczęśliwie, gdyby prawdziwy świat był bajką. Gdyby nie:
die Fahne hoch,
Marsch, marsz,
za twoim przewodem,
każdy chłopaczek chce być ranny,
sanitariuszki – morowe panny
[Horst-Wessel-Lied, „Mazurek Dąbrowskiego”, „Pałacyk Michla”]
i kozackiego hej po każdej zwrotce. 
Podeszłego wieku dożyje tylko Zuzanna. Na łożu śmierci opowie wnuczce o swym rodzinnym miasteczku gdzieś na rozległej równinie w dalekiej Europie. Wnuczka powtórzy synowi, a syn zapisze i wypuści opowiadanie w wieczny rejs przez oceany internetu. Niech czyta każdy, kto chce i może.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz